
Moja historia z braćmi Karnowskimi.
Rzecz dzieje się dość dawno. Najmroczniejsze czasy TVP, czasy Jacka Kurskiego, Samuela Pereiry, Michała Adamczyka i pewnie studia YaYo.
Przyjmuję jeszcze wówczas zaproszenia do TVP, kierując się romantyczną wizją, by przeciwstawiać się tamtejszej propagandzie. Przestaję tam chodzić dopiero później, gdy dochodzi do zabójstwa Pawła Adamowicza.
W każdym razie wtedy jestem gościem programu „Bez Retuszu”, a jednym z moich interlokutorów jest Jacek Karnowski, z którym zawsze nie szczędziliśmy sobie ostrych słów i złośliwości. W pewnym momencie on - jak zwykle - w odpowiedzi na moją krytykę rządów PiS, stara się mnie obrazić, że jestem niemieckim dziennikarzem, będącym na usługach Merkel, podobnie jak każdy, kto pracuje w Onecie należącym do Ringier Axel Springer.
I z jednej strony ten atak poniżej pasa mnie nie dziwi - bo tacy ludzie jak Jacek powtarzali te bzdury w kółko - a z drugiej jednak trochę mnie to frapuje, bo przecież Karnowski latami sam pracował w Axlu. No to skoro ja Niemiec, to i on.
Wypomniałem mu więc to na antenie, że przecież Jacek, sam żeś pracował w tej samej firmie, co ja, to chyba teraz i sam siebie „pogrążasz”. A ten rzuca do mnie, triumfalnie:
- To nie ja, to mój brat!
No i faktycznie, wtopa, pomyliłem braci, prawdę mówiąc zawsze, gdy bywałem z którymś z bliźniaków w jakimś programie, nie wiedziałem, czy to Jacek, czy Michał. Nie rozróżniałem ich. Jednak latami siedziało mi to w głowie: kto to widział, tak wsadzać na minę brata własnego i w sumie, w pewnym sensie, zestawiać go obok takich zdrajców ojczyzny jak ja, wysługujących się Merkelowej, takich, co to duszę i serce zaprzedali Niemcom. To się nie godzi przecież.
No ale… dziś już wszystko rozumiem.
Polski
