WojnawKolorze@wojnawkolorze
Dzisiaj obchodzimy Światowy Dzień Zespołu Downa.
Przy tej okazji warto zatrzymać się przy pięknej historii, związanej z II Wojną Światową.
Wiecie już z moich wpisów, jak postrzegano w latach 30. i 40. dzieci, które urodziły się z zespołem Downa. W Niemczech nazywano je „Schmarotzer” - „pasożyty”. Podlegały upiornej akcji „Vernichtung lebensunwerten Lebens”. „Unicestwienia życia niegodnego życia”. Akcji T4.
Obłąkana III Rzesza, niczym sztuczna inteligencja z futurystycznych horrorów, chłodną i bezduszną logiką wykalkulowała, że w ich wizji „aryjskiego Lebensraumu” nie ma miejsca dla „pasożytów”. Że łatwiej będzie usunąć „pasożyty” z ich świata, niż się nim dzielić. Że „pasożyty” niegodne są podstawowego prawa. Prawa do życia.
Obłąkańczą akcję hitlerowskich ludobójców powstrzymał bohaterski katolicki biskup Klemens von Galen, zwany „Lwem z Münster”. Osobiście wygłosił kazanie, w którym potępił eksterminację chorych. Odważył się nawet złożyć oficjalne doniesienie na Gestapo w związku z możliwością popełnienia przestępstwa. Naziści mu tego nie zapomnieli, ale nie mieli tyle odwagi, by zabić niezwykle popularnego duchownego. Dopiero w 1944 roku go aresztowali i zamknęli w Sachsenhausen.
Dziś też zajrzymy do Niemiec. Ale nie do niemieckiej historii.
A konkretnie do Trewiru 1 stycznia 1928 roku, gdzie urodziła się Anna.
Anna urodziła się z zespołem Downa. W latach 20. dzieci z tym zespołem nazywano „mongoloidami” i często porzucano po urodzeniu, albo poddawano aborcji. Rodziny mające takie dzieci doświadczały wyśmiewania, albo innych uszczypliwości. Porzucały je więc w szpitalach, skąd trafiały do sierocińców, gdzie wychowywano je z dala od społeczeństwa. By nie „raziły” swoim widokiem „normalnych”.
Ale tata Ani - oficer francuskiej armii, okupującej niemiecką Nadrenię - był inny. Nigdy nie wyrzekł się córki. Odmówił wysłania jej do ośrodka. Powiedział: „Bóg dał ją nam. Musimy wziąć za nią odpowiedzialność, kimkolwiek ona będzie i cokolwiek z nią się stanie”. Co więcej, rodzinie, służbie i otoczeniu zabronił traktowania Anny inaczej, niż kogokolwiek innego. Nie ukrywał jej przed światem. Była dla niego powodem do dumy.
Choć nie był zbyt wylewny, choć nieraz był szorstki w obyciu, to przy Ani dawał całe swoje ciepło. Nazywał ją swoją dumą i radością. Dbał, by niczego jej nigdy nie brakowało. Spacerował z nią pod rączkę po swej posiadłości w Colombey, pokazując coś i mówiąc do niej cichym głosem. Często sam udawał przy niej dziecko. Rysował razem z nią, tańczył dla niej, umilał jej czas piosenkami i pantomimami. Jako żarliwy katolik - wspólnie się z nią modlił. Starał się wszędzie ją zabierać. Nawet gdy został skierowany do francuskich Syrii i Libanu, zwanych wówczas Lewantem. Także i później, podczas II Wojny Światowej, towarzyszyła mu wszędzie, gdzie był.
Ania mając pięć lat umiała powiedzieć tylko jedno słowo. „Tata”.
Szorstki, zdyscyplinowany oficer, wielokrotnie raniony na polu bitwy, którego rozkazy wykonywały tysiące żołnierzy, nielękający się ani ostrzału, ani bombardowań, prowadzący swoje czołgi osobiście na wroga - zawsze zmieniał się gdy Anna była obok niego.
By pomóc dziewczętom z niepełnosprawnościami, pozbawionym środków do życia, w 1945 roku wraz z żoną Yvonne kupili pałac Château de Vert-Cœur, dając początek istniejącej do dzisiaj fundacji imienia Anny.
W 1948 roku, miesiąc po swoich 20. urodzinach, Anna zachorowała na zapalenie płuc. Od urodzenia miała problemy z oddychaniem. Dzisiaj pewnie udałoby się ją uratować. Ojciec tulił ją w ramionach do samego końca. Bardzo przeżył śmierć ukochanej córki. Po jej pogrzebie zalał się łzami i powiedział: „Teraz jest taka, jak inni”.
22 sierpnia 1962 roku, gdy był już prezydentem Republiki Francuskiej, przeżył zamach na swoje życie. Zamachowcy z OAS wystrzelili 187 kul. Jedna z nich utkwiła w ramce fotografii, którą prezydent zawsze nosił przy sobie. Tego dnia położył ją na tylnej półce auta. Do końca życia powtarzał, że Anna ocaliła go jeszcze jeden raz.
Gdy umierał 9 listopada 1970 roku, jego życzeniem było spocząć na cmentarzu w Colombey, w grobie obok ukochanej córki. Jego żona spoczęła obok nich.
Francuskim oficerem, którego serce zdobyła krucha istota z zespołem Downa, był generał Charles de Gaulle. Którego krytykowałem wielokrotnie w swoich wpisach jako polityka, a który jako człowiek - był istotnie wielki.
Dobrego dnia Państwu życzę.