Prosty Rusin
28.1K posts


@frdabrowski Poza kadrem, pod lasem było sporo krów. Nawet podejrzewam, z której wsi. A nie tak daleko jest miejscowość, gdzie i cerkiew była i cmentarz przycerkiewny. Jeszcze 100 lat temu. Teraz głównie teren do dreptania i chłonięcia przyrody. W okolicy są też normalne uprawy.
Polski

PrzewodzikKsiążkowy (miniecenzja, wypisy)
Nikos Dimou „Nieszczęście bycia Grekiem”, tłum. Przemysław Kordos, Wrocław 2016. Och, jakże się cieszę, że z okazji GreckiTydzień przeczytałem tę niewielką książeczkę (to tylko 90 stron), która niby nie jest czymś wielkim, a jednak dała mi dużo do myślenia, nie tylko o Grekach. Sam autor zaznacza, że nie pisze rozprawy, tylko zapisuje myśli, to jedynie notatki, które przypominają nieco aforyzmu lub epigramaty, ale, przywołując naszego specjalistę od krótkich form literackich, są to całkiem dobrze uczesane myśli.
Tak, mamy tu 193 „myśli”, które podzielone na kilkanaście kategorii, takich jak „przesada grecka, „mity i lęki”, „grecka rzeczywistość”, „emigracja”, społeczeństwo” tworzą coś w rodzaju smutnej satyry na własny naród, którego źródło bierze się nie z jakiejś skrywanej czy jawnej ojkofobii, ale wręcz przeciwnie – z miłości i troski do swojego kraju i zamieszkujących go ludzi.
To niezwykle satysfakcjonujący i fascynujący tekst, który daje czytelnikowi spoza Grecji naprawdę spory materiał do przemyśleń o tym kraju, ale tak naprawdę książka jest napisana od Greka dla Greków, to oni są głównym adresatem, bo każdy naród powinien się od czasu do czasu zmierzyć z takimi publikacjami już to dla higieny tożsamościowej już dla przejrzenia się w lustrze własnych wad, ograniczeń, leków czy pragnień. Książke czytało mi się bardzo przyjemnie, ale nie jestem Grekiem – mój dystans na pewno zadziałał jak katalizator, którego brak gdy te celne szpilki czyta mieszkanie Hellady.
A sporo tu przykrości, które z pewnym upodobanie wylicza w niezwykle sprawnie napisanych zdaniach. Jest zatem sporo o legendarnym greckim bałaganiarstwie, skłonności do przesady, lenistwie, ale nie jest to jedynie dość prosty katalog narodowych wad i przewin. Autor ma zdecydowanie większe ambicje, bo niemal w każdym „aforyzmie” (używam cudzysłowu, bo to jednak nie do końca są aforyzmy). Jak choćby w tych fragmentach, gdy pochyla się nad mocno zwichrowaną grecka tożsamością, która choć ubrana w zbroję greckiego wojownika, to jednak często umysłowo bliżej jej do bałkańskiego chłopa.
Dimou pyta zatem, czy nie lepiej jednak „nie udawać Greka”, ale przyznać się do swojej bałkańskości, chłopskości, bo przecież odwoływanie się wciąż i stale do starożytnego dziedzictwa ma w sobie coś z udawania, przebierania się w nie do końca swoje kostiumy.
Tu dwa przykłady sposobu myślenia autora:
„69. Koniec końców, kim jesteśmy? Europejczykami Wschodu czy Wschodem Europy? Rozwiniętymi z południa czy zacofanymi z północy? Potomkami (w prostej linii) starożytnych czy babilońską mieszaniną ras?”
„71. Jesteśmy narodem bez twarzy. Bez tożsamości. Nie dlatego, że nie mamy twarzy, lecz ponieważ brak nam odwagi, by spojrzeć w lustro. Ponieważ doprowadzono nas do tego, że wstydzimy się naszego prawdziwego oblicza. Tak bardzo, że aż boimy się poznać samych siebie. Tak oto nauczyliśmy się odgrywać różne role: antycznego Hellena, Europejczyka…”
Książka momentami jest dość ostra, ale stale widać w tym wszystkim jednak czułość wobec swoich współbraci Greków i siłą rzeczy także wobec siebie, bo przecież wszystkie to, co pisze Dimou dotyczy także jego – to jest swego rodzaju spowiedź, w której zmaga się on ze swoim greckim brzemieniem, greckim niedopasowaniem i innością.
Ta inność to zresztą ciekawy trop, bo sporo tu o niej i to w całkiem nowym dla mnie kontekście bycia Grecji i Greków poza – poza Europą (do Europe się jeździ, emigruje, z Europy przyjeżdżają turyści) i wobec reszty świata. To odróżnianie się jest jakimś ścisłym połączeniem kompleksów i dumy z wyobrażonej w duże mierze przeszłości.
Dawno nie czytałem książki, która w tak niewielkiej objętości potrafiłaby dać mi aż tyle przemyśleń, nie tylko zresztą dotyczących Greków, ale przecież też Polsk i Polaków. Taka pozycja od polskiego autora bolała by oczywiście mocniej, ale może jej potrzebujemy, ale jeśli tak, to niech ona będzie napisana tak, jak zrobił to grecki pisarz, który zresztą w swojej ojczyźnie jest doceniony. „Nieszczęście bycia Grekiem” miało od 1975 roku aż 32 wydania i sprzedało się w ponad 100 tys. egzemplarzy, co biorąc pod uwagę populację Grecji jest wynikiem co najmniej dobrym.
Tu warto wspomnieć także o okolicznościach w jakich praca ta powstała, bo autor napisał ją podczas reżimu junty czarnych pułkowników, stąd mogła być ona wydana dopiero w połowie lat 70. Jej treść jest mocno związana z tym czasem, jednocześnie dotyka spraw szerszych, związanych z przeszłością kraju ale też wciąż aktualnych także dzisiaj.
Bo to bardzo ciekawa, ożywcza literatura, która otwiera oczy i nastraja uszy na wiele spraw związanych z czymś, z czym zawsze mam problem i jestem wobec niej sceptyczny, czyli „charakterem narodowym”. Tu, przynajmniej w pewnym stopniu, uchwycenie tego charakteru chyba się udało – takie mam w każdym razie przekonanie i to pomimo oczywistego i nieuniknionego w takiej formie generalizowania i skrótów myślowych. I stąd ocena: 8/10
Ps. Na plus trzeba zaliczyć także potrzebne przy tej pozycji podanie kontekstów w słowie wstępnym od tłumacza i dużej liczbie przypisów wyjaśniających greckie odniesienia, nie zawsze czytelne dla Polaka.

Polski

PrzewodzikKsiążkowy (wypisy)
GreckiTydzień
Pora obiadowa, czas zatem coś o jedzeniu greckim wrzucić i mam cytat z książki, której lekturę odkładam już chyba zbyt długo – no, ale musi jeszcze poczekać. A wypis ciekawy, bo nie tyle o jedzeniu, co o sprzętach potrzebnych do jego przygotowania i podania:
„Ponad sto tysięcy. Tyle pozycji liczy dokumentacja starożytnych greckich naczyń ceramicznych, mimo że od wielu lat zapisywane są w niej jedynie przedmioty wystawiane na widok publiczny. Ogromny zbiór. W muzeach tak bardzo przewyższają liczbę innych eksponatów, że potrzebują wielu osobnych sal. Potrafią przytłoczyć najbardziej entuzjastycznie nastawionego zwiedzającego, nawet takiego, który przemierzając muzealne wnętrza, aż pali się z niecierpliwości na myśl o spotkaniu z kształtami i malowidłami greckiej ceramiki.
Tacy ludzie naprawdę istnieją, ale nawet oni prędzej czy później zaczynają ciężko wzdychać, szurać nogami i łapać się za krzyż, z coraz większym trudem odpędzając natrętne myśli o obiedzie lub chociażby kawie z ciastkiem, aż w końcu poddają się i ignorując kolejne gabloty, szybkim krokiem kierują się w stronę wyjścia.
Tak, mamy tego dużo. Ceramika jest trwała, a naczynia, tak jak i dziś, były przedmiotami codziennego użytku. Znajdowały się w każdym domu, biednym czy bogatym, tylko dekoracje lub ich brak zależały od zamożności właściciela – te najpiękniej malowane były przeznaczone na arystokratyczne uczty. Używano też naczyń metalowych, ale to wypalanej gliny starożytny Grek dotykał każdego dnia. Z przyczyn oczywistych – za cenę jednego metalowego garnka można było kupić dwa tuziny glinianych. Słowo „ceramika” (od keramos, glina) stało się tożsame ze słowem „naczynia”.
Nawet tak wpływowa Greczynka jak królowa Egiptu Kleopatra używała naczyń glinianych, dopóki, jak twierdzi Atenajos, nie zmieniła przyzwyczajeń, naśladując bardziej wystawny styl życia Rzymian, którzy jedli ze srebrnych i złotych talerzy. Zmieniła zastawę, ale nie była w stanie zmienić nazewnictwa i srebrne oraz złote naczynia nazywała nadal ceramiką. Podczas uczt królowa wręczała gościom w upominku sprowadzaną z Syrii złotą i srebrną „ceramikę”, wydając na nią krocie każdego dnia. (…)
Najpowszechniejszym naczyniem była chytra – zwykły garnek używany do gotowania wody, zup i wszelkich innych potraw. Do smażenia służyły patelnie, do grillowania – ceramiczne ruszty, do duszenia doskonale nadawało się naczynie zwane lopas, przypominające płaską wazę z pokrywką, do prażenia nad ogniem ziaren zbóż i roślin strączkowych – phrygetron – okrągła taca z uchwytami po bokach, albo – w wersji ulepszonej – z miejscem na kciuk, które ułatwiało pewny chwyt. Zawsze pod ręką była hydria przeznaczona do czerpania i przechowywania wody. Był to duży dzban z trzema uchwytami, dwoma poziomymi i jednym pionowym, pomocnym podczas noszenia na ramieniu lub głowie.
Dostarczanie wody należało do obowiązków kobiet, które wybierały się w tym celu do wspólnego źródła albo do prywatnej studni na podwórku domu. Gdzieś musiało się też znaleźć miejsce na duży pojemnik na zboże, koniecznie z dobrze dopasowaną przykrywką, by zabezpieczyć zawartość przed insektami i innymi nieproszonymi gośćmi. Jeśli zboże, to i żarno. Było w każdym domu i składało się z kamiennej płyty, na której rozcierano ziarna za pomocą mniejszego kamienia w kształcie wałka.
Do kuchennych niezbędników należał moździerz – duże płaskie naczynie z domieszką grubego żwirku w glinie, który dodawał powierzchni chropowatości, ułatwiając rozcieranie produktów. Służył nie tylko do rozdrabniania i ucierania, lecz także pełnił funkcję miski do mieszania składników, zagniatania i wyrabiania ciasta, jak również do usuwania łuski z uprażonych ziaren zbóż – taki ówczesny odpowiednik wielofunkcyjnego robota kuchennego.
Siłę napędową robota stanowili, jak już wiemy, niewolnicy, a w przypadku ich braku – żony. Tasaki, sita, tarki do sera, lejki – wszystkie te przedmioty przewinęły się przez ręce archeologów, musiały więc należeć do wyposażenia greckiej kuchni. Wiele z przyborów kuchennych produkowano z otworem umożliwiającym zawieszenie, możemy więc sobie wyobrazić, że na ścianach greckiej kuchni prędzej znaleźlibyśmy haki niż półki.
Na nic jednak garnki i patelnie, jeśli brakuje ognia – sercem kuchni jest przecież palenisko. I tu właśnie Grecy wykazali się szczególną pomysłowością, nadając swym kuchniom mobilność godną prawdziwego nomady. Solidne, wbudowane w ścianę, ciężkie i nieruchome piece, tak lubiane przez Persów, przez długi czas dziwiły Greków, w każdym razie dopóki nie znaleźli dla nich zastosowania w komercyjnych piekarniach, które zaczęły się pojawiać w miastach od V wieku p.n.e. W domach jednak królowały poręczne, niewielkie kuchenki i piecyki, z całym zestawem dodatkowych elementów, które zależnie od potrzeb można było składać niczym puzzle i stawiać tam, gdzie się komu żywnie podobało.
Najprostsza kuchenka była równie duża jak współczesny sprzęt kempingowy, a wyglądała jak podgrzewacz do herbaty, wewnątrz którego zamiast świeczki żarzyły się węgle, a na miejscu czajniczka stał garnek wypełniony perkoczącą potrawą. To bez wątpienia wersja dla mało wymagających, bo nawet zwiększenie rozmiarów podgrzewacza i garnka niczego tu nie zmienia. Wyrafinowana kuchnia wymaga czegoś więcej, dlatego bardziej ambitni kucharze korzystali z niewielkiego pieca dającego zdecydowanie więcej możliwości. Jego misa grillowa przypominała w kształcie umywalkę na nodze, przykrytą budką z dziecięcego wózka. W misie umieszczano węgiel, nakrywano ją płytą, pozostawiając szczeliny, którymi ciepło – trzymane w ryzach przez „budkę”– rozprowadzało się po całym wnętrzu. Dodatkowy otwór w nodze ułatwiał wentylację.
W takich warunkach świetnie rósł chleb. Po zdjęciu „budki” piecyk zamieniał się w kuchenkę, a po zabraniu i „budki”, i zakrywającej źródło ciepła płyty – w żywe palenisko. Nad nim można było ustawić ruszt, a także upiec szaszłyki (starożytni Grecy uwielbiali je tak samo jak współcześni), bo krawędzie misy były już zawczasu odpowiednio nacięte, by ułatwić utrzymanie na miejscu szpadek z nadzianym mięsem.
Przenośne kuchenki, poręczne, wielofunkcyjne piece i zgrabne ruszty na nóżkach nie do końca chyba satysfakcjonowały Greków, skoro głowili się tak długo, aż wymyślili klibanos – połączenie przenośnego piekarnika z garnkiem. To wynalazek wszech czasów, umożliwiający zarówno pieczenie, jak i gotowanie (także na parze) i powolne duszenie, przy maksymalnym wykorzystaniu energii cieplnej. Było to gliniane naczynie o raczej płaskim dnie i wyższej, kopułowej przykrywce z otworem pośrodku zamykanym zatyczką.
W tej formie przypominał arabski tadżin, w którym potrawy dzięki gromadzącej się wewnątrz parze duszą się powoli w minimalnej ilości wody. Stosując samą górę naczynia, klibanos zamieniano w dzwon piekarniczy, pod którym dobrze rósł chleb i doskonale piekło się mięso czy ryba. Przedtem samą pokrywę należało ogrzać, tak jak i dziś rozgrzewa się piekarnik przed włożeniem dania.”
Magdalena Nowakowska „Starożytna Grecja od kuchni”, Warszawa 2017

Polski

@Tytus35939830 Dzisiaj nie bardzo dało się nad rzekę pójść. Sporo ludzi.
Polski

Rozpad świata jest nieuchronny. O powieściach László Krasznahorkaiego : klubjagiellonski.pl/2026/07/26/roz…

@vonHimbeere Ciekawe są współczesne wariacje na temat muzyki klasycznej. Czasem coś mi wpadnie, ale ogólnie dla mnie temat mało znany.
Polski

☕️☕️☕️☕️☕️ #alwaysandeverywher
Ktoś jeszcze używa czajnika z gwizdkiem?
Dobrego dnia

OlderButStronger@SmolenMaciej
☕️☕️☕️☕️☕️ #alwaysandeverywher Good morning
Polski

@ProstyR Ale symfonia nocy Karola Szymanowskiego. Sztampówa polskiego modernizmu. BTW mama Szymanowskiego była szwedką i baronessą.
Arcydzieło polskiego modernizmu
open.spotify.com/track/7rlVL5x5…
Polski














