Marek Meissner@MarekMeissner
Cała „afera orderowa” pokazuje jako żywo miałkość i faktycznie nieistnienie polskiej polityki zagranicznej. Polityki wielkich pustych gestów, emocjonalnego wzmożenia, przekonania o polskiej wyjątkowości i na ostatku… co jest? Waszyngton. Tak, nie Berlin, nie Paryż a Waszyngton.
Od czasów AWS każda poważniejsza decyzja w polityce zagranicznej była konsultowana z Waszyngtonem. Szczególnie było to widać w projekcie Trójmorza, który miał być najbardziej ambitnym projektem politycznym w polityce zagranicznej RP. Nikt nawet nie ukrywał, że zaczęto od lobbowania w Waszyngtonie by USA zgodziły się na ten projekt i podniecano się bardzo że go wreszcie dostrzegły i ewentualnie mogą poprzeć.
Czy to jest dowód na to że mentalnie już jesteśmy 51 czy 52 stanem (zależy jak się liczy) USA?
Nie do końca, ale mamy ogromny kompleks Ameryki a tak naprawdę to po prostu cała polska polityka zagraniczna de facto nie istnieje bo to tylko dodatek do polityki wewnętrznej i jest od niej w 100% zależna, więc nic dziwnego że polscy politycy radzą się Wielkiego Hegemona, bo przecież wystawianie głowy zza krajowych opłotków jest trudne i niektórych boli.
Czy my w ogóle dorobiliśmy się jakiegokolwiek personelu obsługującego politykę zagraniczną, personelu który trwa niezależnie od rządu bowiem dba o interes Polski?
Nope. Z każdymi wyborami do MSZ przychodzi banda politycznych mianowańców którzy od początku są nauczeni że interes partii/formacji/kliki jest najważniejszy. Nic dziwnego że w światowej polityce są jak pijane dzieci we mgle i potrzebny im patron który wszystko ułoży i wyjaśni. A że ten patron jest za Atlantykiem, no cóż… Czasem się trafia jakiś jeden czy drugi polityk rozumiejący czym powinna być polska polityka zagraniczna, ale jest jak Lewandowski w reprezentacji i tak samo kończy.
Teraz ”afera orderowa” która pokazuje całkowita klęskę polskiej polityki zagranicznej. Nikt nie spytał po cholerę nadawaliśmy wszystkim te tony odznaczeń i dlaczego, traktując je jak zwyczajowe prezenty dyplomatyczne, błyskotki, kiedy one nigdy czymś takim nie były i nie powinny być.
Teraz zaczyna się odbieranie, bo sondażowo w polityce zarobi się kilka punktów i może będą pamiętać jak przyjdą wybory. Może. Ale osobiście gwarantuję że nie, nie będą.
Na ostatku będą okrzyki „zdradzili!!” i kolejne rozszerzenie Wielkiej Listy Wrogów Polski. Ale może Waszyngton coś poradzi. Waszyngton weźmie tych wszystkich wrogów Polski za łeb, wszystko będzie tak jak sobie Polska zamierza i nastąpi wieczna szczęśliwość.
A dla tych co mówią, że „nieważne straty polityczne bo dzięki temu świat się dowiedział o Wołyniu” mam małą zagwozdkę. Świat doskonale wie o masakrach w Bośni i Rwandzie. Takich nowych z lat 90 i później. I co z tym zrobił? Ano właśnie. I nadzieja na to że wybuchnie świętym oburzeniem kiedy dowie się o masakrze sprzed 80 lat jest bardzo mało rozsądna.
Teraz Ukraina. No cóż, o niej można napisać dokładnie to samo. Że uważa się tam Warszawę za takiego podnóżka Waszyngtonu że nie rozmawia się z Warszawą a o Warszawie z Waszyngtonem. Albo jak ktoś z Waszyngtonu przyjedzie do Kijowa to się skarży na Warszawę. Że nadaje się nazwy jednostkom, bo co obchodzi co w Polsce powiedzą bo przecież „sami wygrywamy wojnę”. Że „niepotrzebna nam Polska kiedy my z Niemcami, Brytyjczykami i Francuzami rozmawiamy”. Że „Polska przecież była nam nieprzyjazna a nawet wroga tak samo jak Ruscy to dlaczego mamy pytać Polaków o zdanie”. Że „Wołyń to były jakieś starcia z AK ale polska kolonizacja Ukrainy to były dopiero zbrodnie!” „My tu Europy przed zalewem ruskim bronimy, tej słabej i tchórzliwej Europy, bez nas by zginęła, a Polacy kij w szprychy wkładają”. I przekonanie o ukraińskiej wyjątkowości.
Nie widzicie czegoś znajomego? Tak, tak… to jakby wielkie lustro. Zbyt wiele politycznych podobieństw. A na świecie nie ma miejsca na dwa Narody Wybrane. A jak się policzy razem z Izraelem to już będą trzy.