Cezary Bachański@BachanskiCezary
CZĘSTO NIE WIEMY, SKĄD BIORĄ SIĘ PIENIĄDZE
Wielu drobnych przedsiębiorców w Polsce oczekuje pewnego rodzaju zrozumienia wśród społeczeństwa, że pieniądze nie rosną na drzewach, a wypłaty nie biorą się z robienia przelewów. No, bo przecież jak to – ja dostaję przelew co miesiąc, to mój pracodawca też. Szaleńcem jest drobny przedsiębiorca, który to próbuje wytłumaczyć swoim ludziom – nie ma to sensu. Twoich ludzi nie obchodzi, to jak zarabiasz, tylko czy płacisz im sensownie i doceniasz za dobrze wykonaną robotę.
Nikt nie będzie szczególnie wnikał, czy zapłacił ci klient w terminie (o ile w ogóle zapłacił), siadła sprzedaż w jakiejś części przedsiębiorstwa, czy nadchodzą zmiany na rynku, do których musisz się dostosować inwestując kolejne pieniądze. Mam wrażenie, że jednym z większych błędów poznawczych niewielkich przedsiębiorców jest próba tłumaczenia pracownikom: „musimy sprzedać tyle i tyle, aby wyjść na zero”. Jego to nie obchodzi, ile masz sprzedać, by wyjść na zero – ma mieć swoją kasę – tyle. Jest jakiś przestój i mniej pracy? To nawet dobrze, będzie mniej do roboty.
Wyobraź sobie, że prowadzisz jakąś budkę z kebabem. Sprzedajesz 80 sztuk dziennie, po 25 zł od takiego zawodnika. Lokal czynny jest 10 godzin dziennie, 7 dni w tygodniu. Odejmując koszt jedzenia, wychodzi 1280 zł zarobku. Dwie osoby na zmianie, wynagrodzenie niewiele powyżej minimalnego, 900 zł kosztu dziennego. W skali miesiąca ponad 11 000 zł „na czysto”. Nie licząc prądu, lokalu, gazu, masy głupot, których nie widać. Dojdą Ci jakieś święta, gorsza pogoda – zaczyna się walka, by to jakkolwiek zarobiło na siebie. Mało kto zrozumie to ktoś, kto przez całe życie dostawał jeden przelew w miesiącu, będzie mówił: „to zamknij to w cholerę i idź na etat”. I wiecie, co? Oni często mają rację. Różnica między lepiej płatną pracą, a drobnym biznesem prawie się zaciera (poza tymi z wysoką marżą i umiejętnościami, np. automatyk, elektryk).
Chciałbym dać wam jakiś inny przykład. Załóżmy, że mamy małą produkcję, zatrudniamy 10 osób. Robimy coś na 10% marży brutto (przy podwykonawstwie tak często to wygląda). Zatrudniasz człowieka za 4500 zł na rękę. Stanowi to ok. 7300 zł całkowitego kosztu pracodawcy. W dużym uproszczeniu, musi on „przynieść firmie” 73 000 zł miesięcznie przychodu, aby wyjść na zero, a mówimy tu tylko o marży brutto. Chcesz to zautomatyzować i kupić fajną maszynę? Maszyny do przemysłu to nie zakup odkurzacza, takie sprzęty kosztują ogromne pieniądze.
Większość osób ma mylne wyobrażenie, że sprzedaż „to się robi sama”. Zachowanie ciągłości zleceń, to przecież oczywista oczywistość. Tymczasem jest to najtrudniejszy element dla większości firm. Świat nie działa tak, że produkujesz śrubki, dzwonisz do Castoramy, a oni mówią, że wezmą od ciebie dziesięć tirów miesięcznie. Tłumaczenie tego nie ma sensu, bo mało, kto to zrozumie.
Dlatego paradoksalnie trudno jest znaleźć zawodowych menedżerów. Ludzi rozumiejących cash-flow, tworzenie relacji z klientami, zarządzających sprzedażą i innymi elementami związanymi z przetrwaniem przedsiębiorstwa. Ludzi, którzy nie cieszą się, gdy gorzej idzie, bo „będą mieli mniej roboty”, tylko starają się coś z tym zrobić. Rozumieją proces pozyskiwania, obsługi i wdrażania nowego klienta. Dlatego też, tyle im się płaci.
Kolejna sprawa, to ocenianie drobnych firm przez pryzmat średnich. Naprawdę, wrzucanie tego sektora do jednego wora ma niewiele sensu. Średnim firmom bliżej do korporacji i dużych, w ich strukturach są dyrektorzy, całe działy od sprzedaży, po obsługę klienta. Wszystkie te przedsiębiorstwa dzieli przepaść w zarządzaniu, wpływie na rynek i w zakresie decyzyjności.