Wojciech Jakóbik@wjakobik
Atom na Pomorzu jest zagrożony inercją
Projekt atomowy na Pomorzu jest zagrożony inercją dotyczącą szczególnie modelu finansowania.
Przegląd postępów projektu elektrowni jądrowej na Pomorzu doprowadził do zmiany daty wylania betonu pod pierwszy reaktor z 2026 na 2028 rok. Oznacza ona, że pierwszy reaktor ma być gotowy nie w 2033, a w 2035 roku. Za to usłyszeliśmy od amerykańskiego dostawcy technologii AP1000, czyli Westinghouse, że jest w stanie budować kolejne reaktory co rok, sugerując oddanie drugiego i trzeciego w 2036 i 2037 roku, a zatem ukończenie obiektu w lokalizacji Lubiatowo-Kopalino zgodnie z pierwotnym terminem z Programu Polskiej Energetyki Jądrowej.
Trwają rozmowy o finansowaniu pomorskiej elektrowni jądrowej z Komisją Europejską. Nie jest pewne czy projekt uzyska gwarancje rządowe, które zostały przesądzone przez poprzednią ekipę. Entuzjazm nowej administracji oraz kluczowych decydentów jest mniejszy. Plotka głosi od dawna, że pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej Maciej Bando będący zwolennikiem atomu może zmienić zajęcie, a z kolei prezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych Grzegorz Onichimowski jest sceptykiem. Prezesem Polskich Elektrowni Jądrowych został ostatecznie pełniący dotąd jego obowiązki Leszek Juchniewicz wbrew pierwotnym planom umiejscowienia w tej roli prokurenta Jana Chadama. Ten naraził się nieprecyzyjnymi wypowiedziami na temat kosztów pierwszej elektrowni jądrowej, które wyznaczył na 150 mld zł "plus-minus" kilkadziesiąt miliardów wywołując niezadowolenie decydentów.
Tymczasem Polskie Elektrownie Jądrowe będąc w zawieszeniu kontynuowały prace terenowe potrzebne do rozpoczęcia budowy atomu na Pomorzu, zapoczątkowane jeszcze przez pełnomocnik Annę Łukaszewską-Trzeciakowską krytykowaną przez nowe władze za decyzję zasadniczą w sprawie atomu Orlenu i Synthosa na finiszu rządów poprzedniej ekipy oraz za niedelikatne podejście do relacji z władzami regionalnymi na Pomorzu. Jednakże jej zapał został zastąpiony przez brak decyzyjności, który sprawia, że widać zniechęcenie i ryzyko odpływu kadr z PEJ, także tych zbieranych wielkim wysiłkiem z zagranicy. Pełnomocnik trafił pod skrzydła resortu przemysłu, który dopiero powstaje. Departament Energii Jądrowej ma się przenieść z Warszawy do Katowic i nie każdy cenny urzędnik chce brać udział w tym procesie.
Przy okazji wyjaśnił się ambaras wokół lokalizacji atomu w Żarnowcu. To lokalizacja rezerwowa atomu na Pomorzu do decyzji środowiskowej, która jest przedmiotem prac Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska na wniosek szeregu organizacji, w tym zapewne przeciwników atomu. Grunty należą do PEJ, ale ostrzyły sobie na nie zęby Orlen i KGHM licząc na proste ustawienie tam małych reaktorów jądrowych. Jednakże oddanie tej lokalizacji komuś innemu wysadzałoby decyzję środowiskową dużego atomu z USA. Walka Orlenu i KGHM z czasów poprzedniej ekipy nabiera nowego kolorytu.
Polska potrzebuje rozstrzygnięcia w sprawie energetyki jądrowej i konsekwentnej realizacji pierwszego projektu na Pomorzu. Nie powinna czekać do końca roku na aktualizację Programu Polskiej Energetyki Jądrowej, a jeśli taki terminarz jest nie do uniknięcia, wymaga ponadpartyjnej zgody wokół Lubiatowa-Kopalina popartej jasno z wyżyn władzy. Inaczej renesans jądrowy widoczny w całej Europie ominie Polskę, która w założeniach miała być w jego awangardzie, a razem z nim kadry rozchwytywane na całym świecie ulotnią się z projektu pomorskiego.
Warto przypomnieć dlaczego projekt gazociągu Baltic Pipe udał się pomimo różnych zawirowań politycznych i był gotowy w sam raz na apogeum kryzysu energetycznego w 2022 roku. Było tak, ponieważ powstała grupa koordynacji projektu między resortami na bieżąco usprawniająca proces decyzyjny, niezbędne pozwolenia i uzgodnienia. Nowa ekipa z kompetencjami dotyczącymi atomu na skraju resortu klimatu oraz przemysłu potrzebuje podobnego rozwiązania, także we współpracy z sejmową komisją ds. energetyki jądrowej, w której deklaratywnie wszyscy są za atomem na Pomorzu, ale w praktyce zdania mogą być podzielone. Udało się z Baltic Pipe, uda się z atomem, jeżeli Polacy sami nie zaorają swojej pierwszej elektrowni jądrowej.
Grafika: Wizualizacja polskiej elektrowni jądrowej, PEJ.