Sabitlenmiş Tweet
Cpt. Traore
5.6K posts

Cpt. Traore
@bombaskaRL
Za nikim, przeciw wszystkim. Na pohybel Chrześcijaństwu! Make Aelia Capitolina great again! #rivoltacontroilmondomoderno
Arkaim/Olgino/Kafiristan Katılım Ağustos 2022
285 Takip Edilen104 Takipçiler

@KrystianJachacy Ostatnio przeczytałem, że "przeżywalność rosyjskiego rekruta na froncie wynosi 30 minut". Dałbym głowę, że gdzieś już o tym słyszałem...
Polski

@Minister_Prawdy Upaina w miniaturce. Wróci z wojny jako stado gołodupców.
Polski

Jedno jest pewne. Po kolejnych wyborach żaden pisowiec już nie napisze, że przegrali je przeze mnie. :)))

Rafał Otoka Frąckiewicz@rafalhubert
Panowie z PiS zdają się dochodzić do konstruktywnych wniosków. Teraz jedynie musimy na nich zagłosować i świat padnie przed Polską na kolana. x.com/patrykjaki/sta…
Polski

People actually think like this 🤯. Upward mobility is limitless. Capitalism isn't perfect; no system is perfect. Only two groups of people can make your semiconductors, cars, planes, computers, smartphones, etc. In the US, it's predominantly White people, so of course, they'll be at the top 🤷♂️
English

@MacMiko69 Niektóre rzeczy po prostu trzeba czasem przyjąć na klatę.
Polski
Cpt. Traore retweetledi

Autentyczna rewelacja. Miller ma też poczucie humru.
ₖₐᵣₘₑₗₒwy ₘₐᵣₖᵢz 🏴☠️@Borys61581538
pawlak pierdoli jak by mial wylew,nagle Leszek wali mu parola na czoło i gasi światło w studiu .. ten nastepny cos tam jeszcze walczy,Leszek wali mu lepe hahaha
Polski

BEZKRĘGOWCE
Dobry był ten drugi półfinał. Mundialowy taki. Do tego z podtekstem - i to podtekst, nie piłka, przekonał mnie do oglądania, bo po ustawianych meczach, w których okradziono Chorwatów i Norwegów, przysiągłem sobie urlop od tego cyrku. Anglicy prowadzili od 55. minuty i bronili tego prowadzenia, jakby ktoś im obiecał, że czas sam zejdzie z boiska. Nie zszedł. W doliczonym czasie zszedł za to z boiska cały angielski sen o finale - a dośrodkowanie Messiego na zwycięskiego gola to był podpis mistrza pod późnym dziełem. 2:1. Do domu, panowie. Football is not coming home. Znowu.
Jednak mało kto wie, że prawdziwy mecz zaczął się po ostatnim gwizdku. I trwał jakieś czterdzieści sekund.
Kiedy Lo Celso rozwinął na środku murawy pomięty kawałek płótna z napisem "LAS MALVINAS SON ARGENTINAS", poczułem, jakby ktoś otworzył na oścież okno w zatłoczonej, dusznej sali pełnej spoconych kłamców. Czterdzieści cztery lata po wojnie, którą przegrali z kretesem, ktoś mu spakował to prześcieradło do torby ze sprzętem. Przed meczem. Na wiarę.
Dzień wcześniej wiceprezydent Argentyny - wiceprezydent, nie anonimowa postać z X - napisała publicznie, że "jutro gramy przeciwko piratom i najeźdźcom". Że to nie jest kolejny mecz. Że to Malwiny, że to Diego, że to ostatnie rozdanie Messiego i że najeźdźcom trzeba zajechać drogę. Cztery i pół miliona wyświetleń. Żadnego sztabu kryzysowego, żadnego oburzenia argentyńskich mediów, żadnego przepraszania za emocje. Napisała to, co czuje jej naród, bo jest z tego narodu, a nie z działu regulacji poprawności politycznej. Tak wygląda patriotyzm, który nie przeszedł przez sita cenzury i komitetów etycznych. Jest dziki, pachnie zieloną murawą i nie przeprasza, że żyje.
I oni tak mają od zawsze. Dla nich mecz z Anglią nigdy nie jest samym meczem. W osiemdziesiątym szóstym Diego ręką i geniuszem, w odstępie czterech minut, wystawił Londynowi rachunek za wojnę - i nikt w Buenos Aires nie miał z tą ręką problemu moralnego. To się nazywa pamięć. Boli, śmierdzi prochem i tanią farbą, ale trzyma naród w pionie.
Na drugim biegunie mamy nasze rodzime, wypieszczone gwiazdeczki z projektu zwanego "Reprezentacja Polski". Te bezkręgowe manekiny z idealnie ułożonymi fryzurami, uciekające wzrokiem przed jakąkolwiek deklaracją, która mogłaby przekroczyć ramy bezpiecznego, letniego banału.
Zamknijcie oczy na moment i wyobraźcie sobie, że nasza kadra wygrywa cokolwiek z kimkolwiek - już to wymaga wyobraźni Stanisława Lema - i że któryś z naszych wyciąga zza koszulki płachtę z napisem "POLSKIE MIASTO LWÓW".
Nie ma takiego scenariusza. Nie w tym wszechświecie i nie w żadnym z sąsiednich.
Bo zanim płachta rozwinęłaby się do połowy, telefon agenta świeciłby się jak choinka. Bo izotonik by się obraził. Bo kuchnie wikingów wysłałyby aneks rozwiązujący umowę szybciej, niż VAR sprawdza spalonego. Bo aplikacja bankowa, bo sieć komórkowa, bo dział prawny, bo "wizerunek" - to słowo-prezerwatywa, którą zakłada się na wszystko, co mogłoby cokolwiek począć. Nasi chłopcy mają patriotyzm zatwierdzony przez kancelarię: orzełek w rozmiarze zgodnym z regulaminem, hymn na pół głosu, ręka na sercu, ale luźno, żeby broń Boże nie wyglądało na przekonanie. Prędzej zjedliby drzewiec, niż podnieśli flagę, która niesie na sobie więcej niż oni uniosą razem przez cały żywot. Ich kręgosłupy są miękkie jak rozgotowany makaron, przystosowane wyłącznie do tego, by zginać się przed obiektywami aparatów na ściankach sponsorskich.
I to nie jest, kurwa, tekst o piłkarzach. Piłkarze to tylko próbka krwi pobrana z narodu. Wynik badania: ojkofobia. Uczulenie na własny dom. Jesteśmy społeczeństwem wyjałowionym jak gleba, którą solono przez trzy pokolenia - kochamy wszystkie ojczyzny świata oprócz własnej. Wieszamy cudze flagi na urzędach, płaczemy nad cudzymi grobami, znamy na pamięć cudze krzywdy - i dobrze, płakać trzeba, człowiek bez współczucia jest kaleką - ale własna historia wstydzi nas jak pijany wujek na weselu. Cudza miłość do ojczyzny: piękna, wzruszająca, "zobaczcie, jak oni potrafią". Nasza: podejrzana, zakaźna, natychmiast do dezynfekcji i pod nadzór kuratora.
Polska to dziś "Grażynka" Sobolak z drużyny Tuska, biegająca z telefonem po sejmowym korytarzu i krzycząca "JU AR OR HIROŁ" do skorumpowanego prezydenta Ukrainy - państwa, które nadaje jednostkom wojskowym imiona "bohaterów" UPA, czyli formacji, która paliła polskie wsie razem z ludźmi. Zresztą nie była sama: cały korytarz wyciągał ręce jak nastolatki pod sceną u jakiegoś Taco Kawałgeya, "Sława Ukrainie" niosło się po polskim parlamencie, a premier polskiego rządu dorzucił od siebie, że gość "jest bohaterem także w Polsce". Znana postać w dresie - trzeba jej to oddać - miała na tyle przyzwoitości, żeby się zmieszać. Potem wróciła do siebie, ogłosiła światu, że nikt mu nie będzie dyktował, jakich bohaterów ma czcić, a nasze najwyższe odznaczenie odesłała do Warszawy jak zabawkę znalezioną w czipsach.
Polska to Iga Świątek, nasza "dziewczynka z paletkom", która w sam dzień rocznicy ukraińskiego ludobójstwa na Polakach - wyszła na kort przeciwko Ukraince, mając ukraińską wstążkę przypiętą do czapki. Nie z czarną. Nie z biało-czerwoną. Z cudzą. W dniu, w którym w naszych wsiach płonęły kiedyś kościoły pełne ludzi, którym nikt nigdy żadnej wstążki nie przypiął. Czysty, bezrefleksyjny konformizm w imię zrobienia fellatio państwowemu sponsorowi z branży ubezpieczeń.
Polska to stadionowa Weekendowa Husaria, wielcy wojownicy, którzy co roku malują sektorówki o walce z komuną - z nieboszczykiem, który umarł, zanim połowa z nich przyszła na świat, i który już nie wstanie, więc się nie odgryzie. Odwaga przeciwko trupowi: tania jak farba w sprayu. A o tym, co dzieje się z ich własnym państwem tu i teraz - o kraju zalewanym ludźmi z Ukrainy i z trzeciego świata na skalę, o którą nikt żadnego obywatela w żadnym referendum nie zapytał - ani jednej oprawy, ani jednego kartonika. Prezentują ten tani, historyczny substytut walki, bo prawdziwe wyzwania tu i teraz wymagają zbyt wiele wysiłku.
Polska to wreszcie klasa polityczna, która urządza olimpiadę służebności: kto się niżej skłoni Berlinowi, kto czulej Kijowowi, kto szybciej przybiegnie na gwizdnięcie z Waszyngtonu. Obsługują wszystkich suwerenów planety. Jedyny suweren, który nigdy nie doczekał się obsługi, to własny obywatel — ten od płacenia rachunków za całą tę miłość wobec cudzych spraw.
Argentyńczycy tamtą wojnę przegrali. Z kretesem. I co? I nic. Nie wyprali tego z siebie. Dzisiaj mogą przegrać finał z Hiszpanią i też nic to nie zmieni - bo nikt na świecie nie zapyta ich, kim są. Wiadomo, kim są. Napisali to pędzlem na prześcieradle i przenieśli przez stadion na oczach planety. Bez oglądania się na potencjalne konsekwencje od Łysego z FIFA.
A my? My swoje prześcieradła pierzemy. Pierzemy je tak długo, aż zejdzie każda plama pamięci. Aż będą idealnie, nieskazitelnie białe.
W sam raz do kapitulacji.

Polski

Wiele osób już wie, kim był Stepan Bandera. Mało jednak osób zdaje sobie sprawę, jaki prywatnie był lider ukraińskich nacjonalistów.
Przebywając na emigracji w Monachium po zakończeniu wojny, Bandera podszywał się pod Polaka nazwiskiem Stefan Popel. Marną miał przykrywkę, bowiem swoim dzieciom nie pozwalał bawić się z dziećmi polskimi, rosyjskimi, czy żydowskimi. Miał ogromne kompleksy z powodu zakoli, niskiego wzrostu i nieproporcjonalnie długich rąk. Wielokrotnie zdradzał swoją żonę Jarosławę, nawet z opiekunką własnych dzieci. Jarosławę zresztą bił i kopał, nawet gdy była w ciąży. Została z nim głównie dlatego, że ją zastraszał. Znany był z wrzeszczenia na rodzinę nawet publicznie. Inni działacze ukraińscy wspominali, że rzadko odwiedzali mieszkanie Banderów w innych sprawach, niż służbowe, bo tak ciężka atmosfera tam panowała.
Bandera nigdzie i nigdy nie pracował. Utrzymywał się ze składek członków OUN, darowizn i prezentów od amerykańskiego i brytyjskiego wywiadu. Do 1945 roku zaś utrzymywała go niemiecka Abwehra.
Miał manię wielkości. Uważał siebie za jedynego i absolutnego lidera sprawy ukraińskiej. Do tego stopnia, że gdy inni działacze ukraińscy - w tym melnykowcy - w 1944 roku powołali do życia Ukraińską Główną Radę Wyzwoleńczą (UHWR), to Bandera się przeciwko niej zbuntował. Nie przyjmował do wiadomości „demokratyzacji”, odejścia od faszyzmu i kultu jednostki. Powołał konkurencyjny organ zwany Zagraniczne Formacje OUN (Zakordionni Cziastyny OUN). Ponieważ głosił jedynowładztwo, nawet i w tej organizacji doszło do rozłamu i spora część działaczy go opuściła.
Stojąc na czele ZCz OUN, Bandera forsował jedynowładztwo i prowadził wojnę domową za granicą. Jego cyngle porywali konkurencyjnych działaczy ukraińskich. Przetrzymywali ich w tajnym areszcie w Monachium, gdzie znajdowało się również krematorium. Szacuje się, że z rąk siepaczy Bandery zginęło już po wojnie ok. 100 działaczy ukraińskich, mających czelność mieć inne zdanie od lidera.
Bandera podtrzymywał też sztucznie wojnę UPA na Ukrainie. Przekonywał Brytyjczyków i Amerykanów do wspierania UPA, twierdząc, że dysponuje ona wielką siłą podziemnej armii. W rzeczywistości UPA była na wyniszczeniu (w 1952 roku liczyła 252 bojowników), a każdy miesiąc walki przynosił tysiące ofiar ukraińskich. Nie dopuszczał myśli, by UPA miałaby przerwać walkę.
W swym zaślepieniu planował nawet użycie bomby atomowej na Ukrainie w przewidywanej III wojnie światowej, jeśli tylko mógłby wrócić dzięki temu do władzy.
...cóż.

Polski

@PPolityce Prezes, prezes, prezes. Wszystko rozstrzyga prezes, nic przeciwko prezesowi, wszystko dla prezesa.
Polski

























