Radosław Nawrot@RadoslawNawrot
Uległem wrażeniu, że Lech jest na tyle dobry i na tyle dominuje nad resztą ekstraklasy, że tytuł już teraz dowiezie. Potencjał Lecha jest rzeczywiście ogromny, ale to nie jest drużyna zbudowana tak, żeby radzić sobie np. z przeciwnikiem murującym bramkę, który nie zostaje porażony olśniewającą wymianą podań i bajeczną techniką canarhinos z Bułgarskiej.
Może na razie w ogóle nie jest dobra.
Mecz z Arką otacza wiele klątw i zaklęć. Że mecze przyjaźni takie są, że z takimi rywalami najgorzej itd itp. Proszę się nie pogniewać, ale ... bla bla bla.
Nie uważam starcia z Arką za żaden mecz przyjaźni. Szanuję ją jak każdego rywala w lidze, ale większej więzi niż z innymi ekipami nie odczuwam. I myślę, że piłkarze Lecha też nie mają żadnej wielkiej przyjaźni z żadną Arką. Jaki zatem mecz przyjaźni? To, że kibice Lecha wolą poświęcić ileś czasu z danych im 90 minut na wsparcie dla rywala, a nie własnego zespołu - ich sprawa (ja tego na pewno nie zrobię). Piłkarze na szczęście tego nie robią.
Nie o mecze przyjaźni i klątwy tu chodzi, ale o przypomnienie nam, że Lech jest na czele tabeli, ale to bynajmniej nie znaczy, że jest taki już dobry. Powiem więcej: to bynajmniej nie znaczy, że to taki bardzo udany sezon. Jest liderem, bo rywale na to pozwalają i od tego przykrego, ale prawdziwego zdania nie uciekniemy, a że nie warto od niego uciekać, pokazał mecz z Arką.
Wielu mówi: nie ma znaczenia, mistrz to mistrz i wszystko jedno, jak zdobywa się tytuł.
Gdy to słyszę, przychodzi mi na myśl "Piłkarski poker" i zdanie do prezesa Czarnych: "pan się chyba jednak nie nadaje do sportu". Bo większych pierdół w życiu nie słyszałem.
Oczywiście, że ma to znaczenie, bo sam tytuł mistrzowski nie jest celem samym w sobie. Liga, rozgrywki, mistrzostwa są powtarzalne co roku i kibic piłkarski nie powinien być jedynie kolekcjonerem. Powinien być świadkiem cieszących oko zmian. Jedno mistrzostwo pociąga za sobą konsekwencje - obronę tytułu, zmiany w zespole, występ w Europie. Zwłaszcza w tym sezonie, gdy kłania się nam Liga Mistrzów z uprzejmym pytaniem: "hej, mistrzu Polski, a może w tym roku, co? Bo już bardziej wam chyba nie ułatwimy".
Piłka nożna to neverending story. Klub to neverending story. Nigdy się nie kończy jako proces. A ja jako kibic nie zbieram znaczków do serii, ale obserwuję ten proces. Dziesiąte, jedenaste czy tam któreś mistrzostwo cieszy wtedy, gdy jest efektem zmian idących w dobrym kierunku. Pewności a przynajmniej prawdopodobieństwa, że mistrzem został ktoś, kogo można pokazać rodzinie, znajomym i Europie.
Uległem wrażeniu, że Lech w tę stronę idzie, ale nie jestem po meczu z Arką pewien, czy na pewno tak jest. Bardzo uprzejmie zatem proszę Lecha i trenera Frederiksena o przekonanie mnie, że to mistrzostwo nie byłoby jedynie efektem słabości innych.
Bo nie należę do tych kolesi, co to powiedzą: "wszystko jedno, mistrz to mistrz". Za długo żyję na świecie i zbyt wiele lat chcę jeszcze być przy Lechu (jak się uda), by pleść takie bzdury.
Nie wiem teraz czy Lech tym mistrzem będzie. Wśród wkurzonych na remis z Arką kibiców widziałem raczej spokój, bo tabela wciąż świetna. Ja się denerwuję, bo to jednak Lech. Ergo: ktoś gotów w każdej chwili spieprzyć wszystko.
Oby kontuzja Aliego Gholizadeha, której odżałować nie mogę, która rozrywa mi serce i którego to Irańczyka tak bardzo wczoraj brakowało, nie była początkiem czegoś koszmarnego.