Wini
3.3K posts









Potężne duńskie ogórki w 10 cisną Mistrzów POlski. A komentatorzy, że jeszcze pół godziny meczu i trzeba uważać. Oni kurwa grają o Ligę Mistrzów XD





❗️Jest! Ostatni vlog z USA! ☺️ wypakowany po brzegi. 🏟️ 🗽Pokazuję Wam Nowy Jork w objęciach finału MŚ (oraz stadion podczas meczu) 🤑 Gram turniej pokerowy w Vegas (wpisowe: $100). Czy przewalę tę kasę, jak Polska baraże? 🔥 Chicago. Miasto smogu (podczas mojego pobytu) i od teraz też pewnego polskiego piłkarza. Krzysiek, mój montażysta, powiedział, że jest kino. Obejrzałem - i jestem zadowolony z jego roboty. Będzie miło, jak wpadniecie i zobaczycie kawałek USA w czasie mundialu. Inaczej niż w innych programach 🫣☺️ Link: youtu.be/zm0LGJ_TsgQ?is…


PrzewodzikFilmowy (minirecenzja) „Odyseja”, reż. Christopher Nolan (2026). Zaczynam zatem zapowiedziany GreckiTydzień, a trudno chyba o lepszy początek niż kilka słów o najnowszym filmie twórcy „Memento”, który do ekranizacji eposu Homera przygotowywał się chyba od dawna – motyw powrotu do domu jest bardzo wyraźny i ważny w przynajmniej kilku jego produkcjach. Zazwyczaj, jeśli omawiałem na profilu inny film reżysera to właśnie wpis o nim załączałem, tu wybrałem jednak inny obraz – nie bez powodu, ten podpięty także traktuje o Odysie. Dla filmu Pasoliniego byłem surowy, ale po obejrzeniu „Odysei” chyba zbyt surowy – okazuje się bowiem nie po raz pierwszy, że punkt odniesienia jest niezwykle istotny. Przydługi wstęp był w sumie po to, żeby zaznaczyć, że Nolan nie jest pierwszy i nie jest sam – stoi na ramionach olbrzymów, choć swoją adaptacja postanowił z nich nieco zejść i iść własna ścieżką – jego „Odyseja” jest bowiem dość mocnym przetworzeniem mitu, jest zdecydowanie jego osobistą wizją, co jest jak najbardziej w porządku, ale przecież chodzi o to, że by ta wizja spotkała się z oczekiwaniami widza, a tym widzem jestem oczywiście ja, bo potrafię patrzeć jedynie swoim oczami. Czy spotkaliśmy się z reżyserem? Wnioski oczywiście na końcu, tu tymczasem zajmę się na razie tym, co mi się podobało. Przede wszystkim konstrukcja filmu, która jest nie tylko klarowna, ale też logiczna i dobrze poukładana. Widać, że Nolan bardzo dobrze czuje się w nielinearnym opowiadaniu, panuje świetnie nad materiałem, choć jak zwykle ma problemy z nadmiarem ekspozycji i łopatologią narracyjna. Za dużo tu trochę gadania o tym, co było, ale powiedzmy, że jest to jeszcze w granicach dopuszczalnych. Znakomicie swoją role spełniają również klamry, a tych jest całkiem sporo – zacząć można od psa Argosa, poprzez spinkę od Penelopy czy los, który podczas poboru wybrał Antinous. Najlepiej jednak wypada Atena, która nawiedza Odyseusza i która ma twarz niewinnej dziewczyny zamordowanej podczas rzezi Troi – to zdecydowanie najlepsze spięcie opowieści w całym filmie. No i tu przechodzimy płynnie do drugiej rzeczy, która mi się podobała, a mianowicie do zmiany wektorów w opowieści o Odyseusza i zrobienie z niego, nie sprytnego zawadiaki, którym wydaje się w literackim pierwowzorze, ale człowieka w gruncie rzeczy przegranego, kogoś, kto nie może sobie poradzić ze swoim udziałem w zagładzie miasta, a być może i znanego świata. Motyw upadku cywilizacji jest wyjątkowo silny w wersji Nolana, do stopnia, że nawet jej bohaterowie o tym wielokrotnie mówią, a Odys wręcz przyznaję się do przyłożenia ręki do tego. To zresztą nie daje mu spokoju i jest niczym wódz po wygranej ogromnym wysiłkiem niepotrzebnej wojny – nie da się uciec od traum i lęków związanych z tym, co się zrobiło. I to jest bodaj jedyny motyw tak dobrze wygrany, który pokazuje to słynne greckie fatum, ale także choć trochę tragizm, który wpisany jest we władzę i dowodzenie. Odys kilka razy przynajmniej nadużywa swojej władzy, łamie też zasady i zgodnie z prawem boskim, musi za to zapłacić. I to w filmie jest i za to trzeba pochwalić. Dużo gorzej sprawa wygląda niestety z samą opowieścią, bo mam głębokie przekonanie, że Nolan tak usilnie starając się „urealnić” historię powrotu Odyseusza do Itaki, przy okazji mit ten bardzo skutecznie, jeśli nie zamordował to przynajmniej okaleczył. Z kilku powodów. Po pierwsze w zasadzie ani przez moment nie miałem pełnego wrażenia, że cywilizacja, o której opowiada film to jest cywilizacja grecka – reżyser wziął sobie oczywiście pewne elementy związane z tym kręgiem kulturowym, ale ogólnie podszedł do sprawy bez wyczucia i chyba także bez szacunku dla świata, o którym chce opowiedzieć. Sporo atramentu wylano pisząc o nieadekwatnych kostiumach, momentami można odnieść nawet wrażenie, że wszystko, co w jakikolwiek sposób przypominało reżyserowi stereotypowe skojarzenie ze starożytną Grecją trzeba usunąć jako zbyt oczywiste, zbyt pospolite albo sprawić, że stało się niemal karykaturalnym przedstawieniem. Tak naprawdę jednak nie to jest głównym problem w inscenizacji – ta opowieść dzieje się w czasie mitycznym i można sobie w niej pozwolić na pewną, a może nawet dużą swobodę i dowolność. Problem w tym, że nie ma tu ducha ani greckich mitów, za mało jest też greckiego tragizmu, bo dobrze jest on obecny jedynie w głównym bohaterze. Cała ta opowieść jest pusta tam, gdzie ma dotykać tego, co chciał opowiedzieć Homer, co wyśpiewywali przez wieki aoidowie – nie ma w tym filmie ani grama poezji, ni krzty, ni echa pieśni, które „broń i męża opiewały”. Ja nie mówię oczywiście, że postacie powinny tu mówić heksametrem, ale w opowieści o wielkich bohaterach mitycznych potrzebna jest odrobina koturnowości, potrzebna jest choć odrobina godności przynależnej postaciom ze spiżu. Tu natomiast mamy naprawdę bardzo słabe dialogi, które w żaden sposób nie oddają charakteru herosów, a starożytnych Grekach nawet nie wspominając. Kilka razy było blisko, w paru momentach niemal się udało złapać tego ducha – najbliżej zdecydowanie było w scenie w Hadesie i szkoda, że reżyser nie chciał, a może nie potrafił, właśnie w taki sposób poprowadzić tego filmu, bo to zdecydowanie najlepsza sekwencja obrazu. Nie pomagają w tym też aktorzy i choć widziałem zachwyty na głównymi rolami, nie mogę się z nimi zupełnie zgodzić – obsada jest bardzo słaba według mnie, a w całym filmie nie mam właściwie ani jednej dobrej roli. Niektórzy potraktowali wręcz swój występ tak jakby grali w we współczesnym dramacie obyczajowym, aktorzy najczęściej nie mają ani odpowiedniego gestu, ani postawy, która jest potrzebna w filmie, było nie było traktującym o przeszłości, choćby legendarnej. Damon już kolejny raz pokazuje, że nie rozumie do końca postaci historycznych, które ma grać, Tom Holland to po prostu słaby aktor, ale tu także nie najlepiej wypadają choćby Hathaway czy niestety Pattinson, który jeszcze próbuje nadrabiać chwilami niezłą mimiką, ale ogólnie wygląda jakby pomylił plany z „Dramą”. Bardzo słabo zaprezentowała się także Charlize Teron, która jako Kalipso wygląda jakby za chwile miała iść do baru na plaży po niezbyt udanej sesji terapeutycznej z Odysem, gdy ten odstawił kwiaty lotosu. Słabych występów jest więcej, a już zupełnie fatalnie wypadł Jon Bernthal jako Menelaos. W takiej sytuacji doprawdy żadnym problem nie jest dywersyfikacja rasowa aktorów, bo przecież to i tak dzieje się w wymyślonej niemal od zera Grecji, która nawet z tą mityczną ma niewiele wspólnego. Wspominałem wcześniej o punkcie odniesienia i tu mam taki drugi – przygotowując się do Greckiego Tygodnia obejrzałem sobie trzecią część „Greckiej tragedii” Michaela Cacoyannisa, czyli „Ifigenię” z 1977 roku („Elektrę” i „Trojanki” widziałem wcześniej) i muszę otwarcie napisać, że jest absolutna przepaść w sposobie przedstawienia podobnych przecież postaci i wydarzeń. Nie musze chyba dodawać, że spojrzenie Nolana nie dorasta do pięt greckiemu filmowi sprzed 50 lat. Głównie właśnie przez brak szacunku dla tekstu i mówię tu oczywiście o tekście homeryckim, a nie tym, który wyrzucił z siebie Brytyjczyk. Ten zresztą momentami ociera się niemal o grafomanię, bo kilka fraz to niestety straszna słabizna, szczególnie w finale filmu. Zatem nie, moja wizja Odysei niespecjalnie zbiegła się z wizją Christophera Nolana, który pokazał swoim filmem, że jest bez watpienia bardzo sprawnym reżyserem, niezwykle zdolnym rzemieślnikiem, ale nie jest artystą. „Odyseja” pokazała moim zdaniem jaskrawo różnicę między twórcą popularnym, robiącym widowiska, bo ten obraz z pewnością jest widowiskowy (momentami nawet wręcz zjawiskowy w pewnych, szczególnie technicznych aspektach), a twórcą wybitnym, który tworzy wielkie kino. „Odyseja” takim kinem nie jest na pewno i jest to jeden ze słabszych filmów reżysera. Ocena” 6/10















