Zosia 🇵🇱

17.4K posts

Zosia 🇵🇱 banner
Zosia 🇵🇱

Zosia 🇵🇱

@zofijo

fanatischer Polin

Katılım Mayıs 2015
483 Takip Edilen2.1K Takipçiler
Sabitlenmiş Tweet
Zosia 🇵🇱
Zosia 🇵🇱@zofijo·
Update
Zosia 🇵🇱 tweet media
English
0
3
20
2.6K
Zosia 🇵🇱 retweetledi
Krzysztof Osiejuk
Krzysztof Osiejuk@KOsiejuk·
Zmarł Krzysztof Piesiewicz, a ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że dla większości osób, które tę informację w ogóle odebrały, ona jest o tyle ważna, że oto odszedł autor scenariuszy do filmów Krzysztofa Kieślowskiego, w tym jednego nominowanego do Oscara, i tyle. A jeśli ktoś się zechce zastanowić, dlaczego go, skoro był kiedyś aż tak ważny, nie widać było w ostatnich latach na czele antyfaszystowskiej krucjaty sił nowej demokracji, to pewnie ostatecznie machnie na tę kwestię ręką i wróci do codziennych zajęć. Tymczasem niektórzy z nas wciąż pamiętają rok 2009, kiedy to nagle, jak grom z jasnego nieba, spadła na nas informacja, że ów znakomity artysta i intelektualista, senator Platformy Obywatelskiej, został sfotografowany na którejś z branżowych imprez, gdzie ubrany w damskie ciuszki wciągał do nosa biały proszek, i w tym momencie całą legendę jasny szlag trafił. Oczywiście środowisko natychmiast za Piesiewiczem stanęło murem, co jednak sprawiło, że on zaledwie na chwilę się podniósł, ale ostatecznie ślad po nim zaginął i dopiero dziś pojawiła się smutna informacja, że Krzysztof Piesiewicz jest właśnie na sądzie Bożym. A ja, korzystając z okazji, chciałem przypomnieć swój tekst sprzed 16 lat, zatytułowany "Powrót człowieka w sukience". Nie żeby komuś po śmierci dokuczać, ale by poinformować o rzeczach ważnych i zachęcić do refleksji. O powrocie Krzysztofa Piesiewicza dowiedziałem się z „Rzeczpospolitej”, którą czytam w weekendy. Wszystko inne, co wiem na temat jego najświeższych starań, by na kolejne cztery lata zachować bezkarność, to już tylko relacje znajomych, oparte z kolei na relacjach mediów. W wypowiedzi Piesiewicza dla „Rzeczpospolitej”, uderzyły mnie właściwie tylko dwie rzeczy. Uderzyły do tego stopnia, że gdyby cały ten wywiad ograniczony był wyłącznie do tych dwóch kwestii – byłbym dokładnie tak samo usatysfakcjonowany, jak jestem obecnie. Chodzi mi mianowicie najpierw o fragment, w którym wyjaśnia Piesiewicz, że on z zasady nie trzyma u siebie w domu damskich strojów, lecz tylko czasami, ktoś mu je przyniesie, i, korzystając z jego nieuwagi, go w nie przebierze, a dalej o informację, że, kiedy on przekazywał złym ludziom niemal cały swój majątek, to nie w odpowiedzi na szantaż, lecz w ramach „odkupywania od nich swojej godności”. Jakoś tak. Jeśli w minioną niedzielę, wręcz rzutem na linię, kupiłem sobie tygodnik „Wprost”, to za tym gestem stały sprawy dla mnie daleko bardziej interesujące, niż nędzne życie senatora Piesiewicza. Poszło mianowicie o to, że pewien kolega poinformował mnie, że w tym właśnie wydaniu „Wprostu” opisana jest historia rodziny niejakich Likusów, a ja Likusami się nieco interesuję. Czemu się nimi interesuję? Otóż tylko i wyłącznie ze względu na pewien hotel, który znajduje się w moim mieście i jest Likusów własnością, oraz ze względu na okolice tego hotelu, które – jak głosi plotka, owi Likusowie, przynajmniej jeszcze jakiś czas temu, mieli zamiar elegancko zagospodarować. Czemu się zainteresowałem Likusami dziś? Z tego mianowicie powodu, że – wedle relacji mojego kolegi – autor artykułu we „Wproście” sugeruje, że Likusowie, to zwykła mafia. A ja chciałem się przekonać o tym bardziej osobiście. Stało się jednak tak, że ponieważ zacząłem przeglądać to wydanie „Wprostu” od początku, najpierw przeczytałem wstępniak Lisa, następnie rozmowę tego samego Lisa z Piesiewiczem i, zanim jeszcze dotarłem do Likusów, zatrzymałem się w tym miejscu i pomyślałem, że, zanim mi przejdzie, muszę szybko coś napisać. I to napisać tak, żeby jednocześnie i zamknąć sprawę Krzysztofa Piesiewicza, a przy okazji powiedzieć coś na tematy bardziej ogólne i znacznie od niego samego ważniejsze. Rozmowa Tomasza Lisa jest znacznie dłuższa od tego, co miałem okazję czytać jakiś czas temu w „Rzeczpospolitej”, jednak zarówno główne punkty obrony, jak i cały jej zamysł pozostaje ten sam. Widać tu już naprawdę bardzo wyraźnie, że czas, który upłynął od tamtego wydarzenia sprzed lat, kiedy to – może przypomnę – Krzysztof Piesiewicz wpuścił do swojego mieszkania dwie ekskluzywne kurwy, a następnie, po to, by to, co się tam w tym mieszkaniu między nimi odbywało, nie ujrzało światła dziennego, zawarł bliższe związki z paroma kolegami owych kurew, Piesiewicz wykorzystał bardzo owocnie. Powiedzmy tak owocnie, jak w jego sytuacji, już bardziej się nie dało. Dziś chciałem najpierw napisać trochę o tych owocach, a następnie o sprawach, jak mówię, znacznie bardziej poważnych. Mówi więc Piesiewicz Lisowi, podobnie jak wcześniej „Rzeczpospolitej”, że on tych ciuchów u siebie nie trzymał. Że to nie jego sukienki, lecz sukienki przyniesione mu do domu przez złych ludzi. Mówi też – i tu widać ów kunszt prawniczy – że nie ma mowy o żadnym szantażu. Przynajmniej nie na etapie wstępnym. Kiedy Piesiewicz dawał tym bandziorom pieniądze, to nie jako osoba szantażowana, lecz jako ktoś, kto chce, nie kupić, ale „odkupić” – Piesiewicz bardzo się stara, żeby to słowo zostało zapamiętane – swoją godność. On nie mógł płacić szantażystom, bo przede wszystkim, ktoś taki jak on z szantażystami się nie zadaje, a poza tym, za cóż on niby miał im płacić? Owszem, później szantaż faktycznie się pojawił, no ale wtedy Piesiewicz natychmiast, jak przystało na uczciwego obywatela, powiadomił organa ścigania. A więc to jest już stały element przyjętej przez senatora Piesiewicza obrony przed atakami ludzi podłych i niewrażliwych, którzy chcą, jak pisze Tomasz Lis w artykule wstępnym do tego wywiadu, go „dobić”. Jest jednak element nowy. Otóż okazuje się, że, jeśli Piesiewicz zadawał się z kurwami, to z całą pewnością, bezwiednie i całkowicie wbrew sobie. Było mianowicie tak, że jechał on sobie swoim samochodem, i w okolicach hotelu „Marriott” spotkał pewną panią. Piesiewicz wprawdzie nie wyjaśnia, jak do tego spotkania mogło dojść, skoro on jechał samochodem, a ona sobie stała przed hotelem, no ale jakoś się zgadali i porozmawiali ze sobą przez opuszczoną przez Piesiewicza szybkę swojego mercedesa. Natomiast to co jest tu najważniejsze, to fakt, że, jak opowiada Piesiewicz, ona w ogóle nie sprawiała wrażenia, że „może wykonywać najstarszy zawód świata. Jej zachowanie, ubiór, sposób mówienia, absolutnie na to nie wskazywały. Zresztą później okazało się, ze ta osoba pracowała w różnych instytucjach. Była np. asystentką prezesa jakiejś spółki”. A zatem to wszystko było nie tak, jak sugerowały media. Piesiewicz ani się nie zadawał z szantażystami, ani z kurwami. On zwyczajnie, jak to się każdemu może zdarzyć, jechał samochodem i zobaczył porządną dziewczynę, która wyglądała na asystentkę jakiegoś prezesa, zatrzymał się, ona się uśmiechnęła, a że robiła wrażenie osoby sympatycznej, pogadał z nią przez opuszczoną szybę, no i normalnie – umówił się na wieczór, że ona do niego wpadnie. Po co? Ot tak, pogadać. Przecież nie po to, by między nimi miało dojść do jakichś brzydkich rzeczy. Później zresztą on też się spotykał i z nią i z jej koleżanką i z jej kolegami wyłącznie przez tę, podpowiedzianą mu przez Lisa, nieznośną lekkość bytu. No i współczucie dla ludzkich przypadków i nieszczęść. Oto na przykład Piesiewicz dowiaduje się, że jakaś Zosia na Wszystkich Świętych poszła z rodziną na cmentarz w Marysinie Wawerskim i jej jamnik poszedł do lasu i wykopał plastikową torbę z płytą z jego, Piesiewicza, numerem telefonu . Zosia dodaje, że „ja, przepraszam, ja tę płytę przegrałam, byłam poruszona tymi zdjęciami”.. Lis, poruszony tą opowieścią, pyta Piesiewicza grzecznie, jak to się stało, że on w tę bujdę uwierzył, na co Piesiewicz bez mrugnięcia okiem wali dalej: „Żeby to nie wiem, jak brzmiało, to proszę pamiętać, że ja miałem w życiu kilka jamników. Mój brat, który w czasie tej afery zmarł, nie wytrzymał tego, miał hodowlę jamników. Ta pani, wygląda jak pięćdziesięciokilkuletnia, sympatyczna pielęgniarka i mówi, że miała niedawno operację, są jej potrzebne pieniądze i że należy się znaleźne. Mówię, że zawsze należy się znaleźne, pani się przyzwoicie zachowała”… Mało? Proszę bardzo. Można tak bez końca. Źli ludzie, którzy zasadzili się na senatora Piesiewicza, doskonale wiedzieli, jak go podejść. Oni – w odróżnieniu od nas, potworów bez serca i rozumu – wiedzieli na przykład, że Piesiewicz to człowiek wrażliwy i pełen chrześcijańskiego współczucia. I że z nim trzeba po chrześcijańsku, a nie z nienawiścią. I oto jeden z nich wysyła do Piesiewicza esemesa: „Nie chcę mieć tych filmików. Wierzę w Boga i wiem, że on jest sprawiedliwy, i że pana piekło się skończy, chodzi tylko o to, żeby pan zabrał ten ostatni element, którego ja już nie chcę mieć. Potrzebne mi są pieniądze na mieszkanie”. Dziś Piesiewicz tak to komentuje: „Widzi pan, jak to jest zredagowane. Cała moja działalność była nastawiona na kontakt z ludźmi, na pomaganie ludziom. No i to słowo ‘Bóg’”. Dla zwykłych ludzi, najlepiej zwykłych, takich jak my, wieśniakow, to wszystko, co opisałem powyżej, to – jeśli tylko ktoś nas zapewni, że to nie jest jakieś wymyślone głupstwo – jedynie kupa śmiechu, lub opowieści jakiegoś wariata. Dla części z nas, pewnie tej bardziej niestety wykształconej, to ani kupa śmiechu, ani bredzenia szaleńca, lecz zwykła gadka jeszcze jednego adwokata, tyle że w jednaj z tych jego przegranych spraw. I najlepiej by było oczywiście, dla wspólnej rozrywki, powiedzieć to wszystko, co było do powiedzenia i sprawę zamknąć, tyle że czasy mamy takie, że to co jest z pozoru oczywiste, nagle może się okazać bardzo skomplikowaną materią. Tak skomplikowaną, że nie dość, że nie ma wręcz możliwości sformułowania jednoznacznej oceny tego co wydaje się, że stoi jak byk przed naszym nosem, ale nagle wychodzi na to, że to co smutne, jest wesołe, to co straszne jest zupełnie przyjazne, a to co tchórzliwe jest jak najbardziej bohaterskie. Z artykułu wstępnego Tomasza Lisa, wynika jednoznacznie, że on akurat, w tym całym obłędzie, trzyma stronę Krzysztofa Piesiewicza. Ktoś mi właśnie podpowiada, że Janina Paradowska już zakomunikowała, ze ona akurat w wyborach do Senatu będzie głosowała na Piesiewicza. Nawet Kazimierz Kutz – który zachował przynajmniej tyle ostrożności, by o Piesiewiczu mówić z zachowaniem pewnego dystansu – mówi o nim jednak, mimo wszystko, jak o kimś, o kim można mówić, jak przynajmniej o człowieku. A przynajmniej o człowieku zdecydowanie bardziej ludzkim, niż taki na przykład Jarosław Kaczyński. No i wszyscy oni, jednym głosem wołają, by dać Krzysztofowi Piesiewiczowi szansę. Że niech go ocenią wyborcy. A ja się zastanawiam nad tym, co się stanie, jak wyborcy też postanowią dać mu szansę, i Piesiewicz ponownie zostanie wybrany senatorem? Jeśli te brednie, które on sobie tak starannie opracował i które z taką konsekwencją powtarza w kolejnych wywiadach, zostaną przez wyborców uznane za warte ich głosu, i to wszystko co on dotychczas zrobił i to, co on ciągle wyprawia, uzyska tak potężną autoryzację? Otóż ja się obawiam, że, przynajmniej z mojego punktu widzenia, zostanie przekroczona pewna, wydawałoby się jednak nieprzekraczalna granica. Oczywiście, bywało już tak, że ludzie na swoich przedstawicieli wybierali wariatów, głupców, a nawet gangsterów. Jednak zawsze można było powiedzieć, że albo frekwencja była tak niska, że sukces odniosłaby nawet kupa gówna, gdyby tylko znalazł się ktoś z pieniędzmi, który by ją odpowiednio przez tę kampanię przeprowadził, albo że to gangsterstwo, czy idiotyzm nie były wcale takie jednoznaczne. W przypadku Piesiewicza, nie uwolni nas od odpowiedzialności ani niska frekwencja, albo jakakolwiek niejednoznaczność. I jeśli on jednak tym senatorem zostanie, ja nie wiem, jak my będziemy potrafili dalej żyć. Ale jeszcze będziemy musieli poradzić sobie z czymś więcej. Nawet dziś, problem ten stoi przed nami jak ściana. Otóż Krzysztof Piesiewicz już uzyskał to swoje poparcie wśród całej kupy najróżniejszych celebrytów i osób publicznego jak najbardziej zaufania. A ja się zastanawiam, skąd się to poparcie wzięło? Oczywiście, część z nich to koledzy Piesiewicza, więc tu sprawa jest, powiedzmy, że dosyć czytelna. Z całą pewnością, wielu z nich to zwykli durnie, którzy nie rozumieją nigdy i nic, poza tą jedną informacją, że życie jest ciężkie i pełne niespodzianek, a człowiek nie ma i tak wiele do gadania. Są też wśród nich i tacy, którzy mają na sumieniu rzeczy co najmniej tak wstydliwe, jak te, które sobie sprawił Piesiewicz i jakoś nie mają tu siły protestować. Natomiast nie ma wątpliwości, że są też tacy – jak choćby tylko ten Lis i Paradowska – którzy świetnie wiedzą, że on zrobił z siebie pośmiewisko, i nie ma słów, które są go tu w stanie usprawiedliwić, natomiast uważają przy tym, że jeśli nasz świat ma się odpowiednio rozwijać, to trzeba robić wszystko, by styl życia, jaki sobie wybrał Krzysztof Piesiewicz, kiedyś się stał stylem co najmniej równoprawnym. By kurwienie się, narkotyzowanie, nałogowe kłamstwa, zdrada, niewierność, bezprzytomny hedonizm, udręczenie innych (Piesiewicz sam przyznaje, przez to jego niezwykłe zaangażowanie że zmarł jego brat) stały się naszym chlebem powszednim, i żeby w przyszłości już nigdy nikomu nie przyszło do głowy takie sprawy jak sprawa Krzysztofa Piesiewicza opisywać przy pomocy kategorii moralnych, lecz co najwyżej intelektualnych. I wtedy wreszcie nastanie nowy porządek. Ktoś kogoś zatłucze na śmierć, a opinia publiczna na to powie,: „No wiesz, to chyba jednak nie było zbyt mądre”. Na co sprawca skromnie spuści oczy i powie: „No, tak, przyznaję. Trochę sobie to wszystko źle wymyśliłem”. I będzie git. Pozostaje jeszcze jednak kwestia. Otóż Krzysztof Piesiewicz w rozmowie z Lisem mówi tak: „Czasami czuję się gorzej w wolnym kraju, niż w PRL”. I to jest jednak problem. No bo albo uznamy, że jednak Piesiewicz po raz kolejny coś źle wykombinował, albo trzeba nam będzie się zastanowić, jak inaczej rozwiązać sprawę ojca Rydzyka i jego stosunku do III RP i totalitaryzmu. Kto pamięta pierwszy jeszcze tekst, jaki pojawił się na tym blogu na temat Krzysztofa Piesiewicza i jego sukienki, pamięta też pewnie, że był on utrzymany w tonacji dość żartobliwej. Dziś, jak widzimy, żartów już nie ma. Natomiast sam Piesiewicz, i jego znajomi, radzą sobie zupełnie dobrze. Nam zostaje więc tylko bezradność. W tej sytuacji, możemy już albo się z niego śmiać, albo, gdy śmiechu nie starcza, to czymś sobie w niego porzucać. I tak to jest ze wszystkim. Albo się tu śmiejemy, albo sobie czymś rzucamy. I zawsze tak było.
Polski
7
30
54
3.2K
Zosia 🇵🇱 retweetledi
Mateusz Morawiecki
Mateusz Morawiecki@MorawieckiM·
Skoro już przy kwestii godności jesteśmy - to powiedzi mi, Donaldzie: co masz do powiedzenia setkom tysięcy Polaków, którzy za Twoich rządów stracili pracę, jaką masz wymówkę dla milionów Polaków oczekujących na swoje wizyty w coraz dłuższych kolejkach w zrujnowanej przez Was służbie zdrowia, na koniec jakie masz wyjaśnienie dla wstrzymanych na lata lub skasowanych wielkich inwestycji? Gdzie jest tu godność, o której tak rzewnie mówisz? Może nikt Ci tego nie powiedział, to ja Ci powiem: państwem nie da się rządzić rysując pieski na Tiktoku.
Polski
124
700
3.7K
38.3K
Zosia 🇵🇱 retweetledi
Przemysław Czarnek
Przemysław Czarnek@CzarnekP·
W Strachocinie razem z Prezydentem RP @NawrockiKn wzięliśmy udział we Mszy Świętej Dziękczynnej za opiekę św. Andrzeja Boboli nad Ojczyzną. Niech żyje Polska! 🇵🇱
Przemysław Czarnek tweet mediaPrzemysław Czarnek tweet mediaPrzemysław Czarnek tweet media
Polski
443
314
1.2K
31.5K
Zosia 🇵🇱 retweetledi
Krzysztof Osiejuk
Krzysztof Osiejuk@KOsiejuk·
Przedstawiam Państwu kilka refleksji na temat naszej wiary i niewiary. Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowanie tym, co oni mówią, czy jak się zachowują i się zaczynam krzywić. Staram się jednak publicznie na nich za bardzo nie narzekać, a tym bardziej nie obrzucać ich obelgami. Postępuję tak z dwóch powodów. Pierwszy to ten, że oni wszyscy, a już zwłaszcza biskupi są objęcia szczególną ochroną Kościoła i każda próba przełamywania owej ochrony stanowi bardzo ciężki grzech. Drugi jest już czysto osobisty. Otóż ja mam świadomość, że Kościół Powszechny, jest tak naprawdę jedyne co mam i nieopisaną tragedią by było, gdybyśmy nagle ich wszystkich stracili. Wielokrotnie przez wszystkie te lata, jak prowadzę swój blog, wyrażałem opinię, że Kościoła trzeba zawsze bronić, a skoro Kościoła, to jak najbardziej powołanych przez Niego osób duchownych. A dziś, w tych szczególnych czasach, gdy mój Kościół jest narażony na niespotykaną chyba wcześniej agresję Szatana, czuję się w obowiązku by Go bronić. Nie krytykować, nie wzywać do opamiętania, nie ogłaszać konieczność zmian, a to dlatego, że jestem głęboko przekonany, że jeśli się weźmiemy tu za łby, to wspomnianemu Szatanowi bardzo by się spodobało. Ale, jak się można już było domyślić, chciałem dziś mówić o kardynale Grzegorzu Rysiu i przedstawionej przez niego u Bogdana Rymanowskiego nauki w temacie Boga i naszej chrześcijańskiej wiary. Na początek może przytoczę możliwie wiernie słowa jakie kard. Ryś wypowiedział w odpowiedzi na pytanie Rymanowskiego: „Czy ma Ksiądz Kardynał czasem wątpliwości, że Pan Bóg istnieje?”: „Chyba aż tak to nie, bo to jest bardzo poważna teza, że Pan Bóg nie istnieje. Myślę jednak, że dla chrześcijanina to nie jest najważniejsze pytanie. Nie chodzi bowiem o to, czy Bóg jest czy Go nie ma, tylko czy się objawił w Jezusie Chrystusie, lub czy się w ogóle objawił i czy ma dla nas Słowo. Kluczowe w wierze jest to by wierzyć Bogu na Słowo i to tak, by ku temu Słowu iść. To jest dopiero wiara chrześcijańska. A ona nie polega na tym, by wierzyć że Bóg istnieje. W liście św. Jakuba jest taki fragment: „Czy wierzysz, że jest Bóg?” „Wszystkie Diabły wierzą i drżą”. A więc Diabeł nie wierzy w Boga w takim sensie jak tego wymaga od nas wiara chrześcijańska. W Ewangelii jest takie wydarzenie, gdy Jezus spotyka ludzi opętanych i oni dokładnie wiedzą, kto to jest i mówią: „Przyszedłeś nas zgubić”. I to jest niewiara. Że spotykam się z Bogiem w Jezusie i mam przekonanie, że On mnie zgubi. Nie chodzi więc w wierze tylko o to by wierzyć, że On istnieje. Jest milion powodów, żeby nawet bez żadnej wiary tak twierdzić. Spotkaliśmy się w Łodzi z prof. Meissnerem, wielkim fizykiem teoretycznym i on mówił, że kiedy uprawia tę swoją niesłychaną dziedzinę nauki, to musi wstrzymać sąd, czy Pan Bóg istnieje czy nie, bo to nie jest kompetencja wprost nauki, ale gdyby miał się wypowiadać, to raczej byłby na tak, niż na nie. Piśmie Świętym jest mowa o tym, że nawet w oparciu o same rozumowanie można dojść do przekonania, że Bóg istnieje, a nawet do opisania kliku Jego cech. Ale do tego nie jest potrzebna wiara, która jest oparta o Objawienie”. Nie wiem, jak na powyższe słowa Kardynała zareagował załóżmy taki Donald Tusk, który dopiero co spotkał się z Leonem XIV i z całą pewnością ma dużo do powiedzenia w kwestii chrześcijańskiej wiary, ale bardzo bym się zdziwił, gdyby on na nie nie dostał cholery, i to nie dlatego, że dostrzegł w nich próbę zakwestionowania istnienia Pana Boga, ale wręcz przeciwnie: Donalda Tuska - człowieka, który z całą pewnością jest przekonany, że Bóg istnieje - wypowiedź Kardynała musiałaby doprowadzić do furii, dlatego, że on w niej poinformował Tuska bardzo czytelnie, że on sobie tę swoją wiarę w Boga może wsadzić w tę bezzębną paszczę, jeśli jednocześnie nie wierzy w to, że On objawił się w Jezusie Chrystusie i ma dla nas Słowo. Bo jego wiara w Boga jest niczym, jeśli on w Niego wierzy i drży. A zatem, myślę sobie, że Donald Tusk, jeśli tych słów kard. Rysia wysłuchał, zaczął drżeć jeszcze bardziej. Zaczął drżeć jak jasna cholera. No ale tego, choć się domyślam, oczywiście nie wiem. Wiem natomiast, jak na słowa Kardynała zareagowali wszyscy ci, którzy zwłaszcza ostatnio zaczęli się zastanawiać, kto jest gorszy: Tusk czy Ryś? Otóż o ile się zdążyłem zorientować, zdecydowana większość prawe sceny uznała Rysia za Antychrysta. I to jest dla mnie czymś niepojętym. Kardynał Ryś, stając wobec jakże trywialnego dylematu Rymanowskiego, czy istnieje pewność, że Bóg istnieje, postanawia i jemu i przy okazji nam udzielić bardzo głębokiej nauki na temat tego, czym jest nasza wiara, w dodatku robi to, tak jak biskupom się to raczej nie zdarza, a więc bardzo przejrzyście i co najważniejsze krótko. Tłumaczy mianowicie, że w to iż Bóg istnieje, poza skrajnymi ateistami wierzą dosłownie wszyscy, włącznie z liberałami, socjalistami, nazistami, żydami, masonami, okultystami, czy wreszcie z samymi satanistami. O Donaldzie Tusku akurat nie wspomniał, ale też i po co? Zwracając się do Rymanowskiego jak do dziecka, wyjaśnia, że jeśli chcemy uważać się za chrześcijan, nie wystarczy nam powiedzieć, że wierzymy w Boga, ale musimy w naszych sercach rozważyć, czy wierzymy w to, że On, by nas odkupić, przyjął ludzkie ciało, zszedł na Ziemię, został umęczony i pogrzebany i zgodnie z zapowiedziami proroków, trzeciego dnia zmartwychwstał i przyjdzie powtórnie, by tych którzy przyjęli Jego Słowo, zabrać do wieczności. Wydawałoby się, że to jest takie proste! Co ja mówię, proste? Jestem pewien, że tak naprawdę to co nam powiedział kardynał Ryś, wielu z nas tak naprawdę zawsze wiedziało, tyle że nie potrafiliśmy może tego sobie tak mocno uświadomić. A mimo to nagle zaczynamy się zachowywać, jak wypisz wymaluj znani nam tak dobrze bezbożnicy.
Polski
10
29
58
2.7K
Zosia 🇵🇱 retweetledi
Krzysztof Osiejuk
Krzysztof Osiejuk@KOsiejuk·
Tak było. Dziś.
Krzysztof Osiejuk tweet media
Polski
4
8
60
1.3K
Zosia 🇵🇱
Zosia 🇵🇱@zofijo·
Mówicie, że w Polsce Tuska jest bieda i bezrobocie wzrasta, a ludziom się tak powodzi, że zamiast kupić pół kilo goudy za 15zł, odrywają sobie pół kilo z kilograma żeby zapłacić 30zł.
Zosia 🇵🇱 tweet media
Polski
0
0
2
146
Zosia 🇵🇱 retweetledi
Krzysztof Osiejuk
Krzysztof Osiejuk@KOsiejuk·
Dziś imieniny Stanisława, a ja sobie przypomniałem ów straszny widok sprzed dziś już niemal dwudziestu lat, jak zaszczuty przez Gazetę Polską - tak tę samą Gazetę Polską - stoi taki biedny i samotny w warszawskiej Katedrze, a wokół krążą stada rudych sępów. Chciałbym więc przypomnieć swój felieton sprzed lat, zatytułowany bardzo adekwatnie: O WYSTĘPNYCH PASTERZACH WŚRÓD SZLACHETNYCH WILKÓW Zebrał się Episkopat i ogłosił, że biskupi nie współpracowali, a nawet jeśli współpracowali, to robili to niechcąco i bezwiednie. Tym samym, sprawa agentury w Kościele została zamknięta. Jeszcze te niezwykłe słowa odpowiednio nie wybrzmiały, a już ze wszystkich stron rozlega się charakterystyczny szum. Ja oczywiście doskonale znam ten szum, podobnie jak doskonale znam zgiełk, który za tym szumem nastąpi. Tym razem jednak wiem, że na szumie i na zgiełku się nie skończy. Przed nami burza. Burza wielomiesięczna i z niczym podobnym nie porównywalna. Dlaczego tym razem ma być inaczej? Dlaczego uważam, że tym razem – podobnie jak wiele razy wcześniej – media i część komentatorów z zewnątrz nie poawanturują się przez kilka dni i nie wrócą do nowych spraw i nowych potyczek? Dlatego mianowicie, ze tym razem Episkopat nie powiedział, że owszem, tylko nie teraz, że chętnie tylko że innym razem, że oczywiście, tylko za chwilę. Tym razem Episkopat powiedział, że sprawa jest zamknięta i nie ma o czym gadać. Wbrew temu, czego zapewne oczekują zaprzyjaźnieni ze mną czytelnicy, nie ma we mnie ani kropli oburzenia. Powiem więcej – nie ma we mnie ani odrobiny zawodu. Ani śladu pretensji. Wprawdzie moja satysfakcja jest nieco gorzka, ale to co czuję to właśnie czysta satysfakcja. O lustracji, również o lustracji w moim Kościele, o agentach, szpiclach, katach i tchórzach, pisałem tu wielokrotnie. I uważam, że każdy kto czytał mnie nawet nie do końca uważnie, wie, co czuję odnośnie tych spraw. Jeśli nie, zapraszam – ze względu na dzisiejszy temat – choćby do mojego starego tekstu o polowaniu na księdza arcybiskupa Wielgusa. Kto chce, niech sobie przeczyta cały toyah.salon24.pl/69042.html. Komu się nie chce, oto kluczowy fragment raz jeszcze: „I to mnie prowadzi do sedna. Bo w tym, co piszę, w ogóle nie chodzi o to, kto był bohaterem, kogo zmuszono, a kto okazał się kanalią. Chcę jedynie zaprotestować przeciwko sytuacji, w której akurat arcybiskup Stanisław Wielgus i inni księża są dla opinii publicznej pierwszym celem moralnego ataku. Banda sprzedajnych dziennikarzy, których twarze musimy dzień w dzień oglądać na ekranach telewizorów i którzy potrafią całymi godzinami zapluwać się argumentami, dlaczego akurat oni powinni stać ponad lustracją. Gromada zakłamanych polityków, którzy gotowi są żyły z siebie wypruć, byle nie dać się zlustrować. Profesorowie uniwersytetów, którzy na słowo ‘lustracja’ dostają ciężkiej wysypki. Sędziowie, adwokaci, prokuratorzy do specjalnych zadań. Wreszcie sam Trybunał Konstytucyjny, który swoim autorytetem całe to podłe krętactwo tylko autoryzuje. Wszyscy oni ni stąd ni z owąd ujrzeli księdza - kapusia i postanowili przeprowadzić porządną lustrację. A z nimi razem, wszelkiej maści socjaliści, którzy wręcz nie potrafią zdzierżyć sytuacji, w której polski Kościół jest tak straszliwie niemoralny. I oto ta banda byłych agentów i tchórzy, w ten czy inny sposób, albo osobiście, albo przez wynajętych pośredników, postanowiła doprowadzić arcybiskupa Wielgusa pod pręgierz historii. A jak już arcybiskupa Wielgusa, to i innych księży. Za współpracę, za pedofilię, za homoseksualizm, za pazerność, za oszustwa, za wyłudzenia. Za wszystko. Księży. Pozostały świat jest pod całkowitą moralną ochroną. Prezydent Clinton palił, ale się nie zaciągał, zdradzał, ale za to grał na saksofonie, no a poza tym, co z tego? Marek Piwowski bezwstydnie donosił, no ale to artysta i na dodatek zdolny. No a poza tym nakręcił wspaniały film o córce marszałka Kerna. Cohn-Bendit, czy jak mu tam, dziś bryluje pod życzliwym okiem pani rektor na salonach Uniwersytetu Warszawskiego. I jeszcze nauczyciele z Uniwersytetu Śląskiego; coś tam było, no ale przecież wiemy, jakie to czasy. A Jaruzelski? Jerzy Urban... I w tej sytuacji, nagle, na pierwszy plan wychodzą nasi rodzimi katolicy: i autentyczni i koncesjonowani. Zamiast powiedzieć: przepraszam, ale tym razem nie z wami, wychodzą głupkowato przed tłum i, bardzo zatroskani kondycją moralną naszego Kościoła, każą się mi przejmować postawą księży wskazanych przez media i opinię publiczną. Jakby nie byli w stanie pojąć, o co toczy się gra.” Kiedy pisałem tekst, do którego dziś się odnoszę, mieliśmy kwiecień 2008 roku. W międzyczasie zmieniło się wiele. Platforma Obywatelska osiągnęła moralne i – że tak powiem – profesjonalne dno, a świat stanął w obliczu gospodarczego kryzysu. Jeśli idzie o rzeczy mniejsze, Leszek Maleszka zmienił charakter swojej współpracy z Gazetą Wyborczą, Michał Cichy zwariował, a Helena Łuczywo pozostawiła ostatecznie swoich przyjaciół i zajęła się walką o przetrwanie swojego narodu już może na innym terenie. Ale stało się jeszcze coś innego. IPN wydał książkę, która dostarcza ostatecznych dowodów na świadomą i dobrowolną współpracę Lecha Wałęsy z komunistycznymi służbami politycznej represji, w następstwie czego – przy pełnym wsparciu ze strony Państwa – były prezydent urósł do roli najwyższego autorytetu i osiągnął status ponadczasowego bohatera. Państwo Polskie pokazało swoją „wielkość”. Polskie Państwo, które przez ponad 40 lat służyło obcemu łupieżcy, walcząc ze społeczeństwem, które mogło się schronić już tylko albo w swoich domach i rodzinach, albo w swoim Kościele. Państwo, które przez ponad 40 lat używało całej swojej i obcej potęgi, by to społeczeństwo i ten Kościół skorumpować i zniszczyć. Państwo, które, wspólnie z obcym okupantem, stworzyło potężną, działającą niemal perfekcyjnie agenturalną sieć i zastawiło ją na ten Kościół i to społeczeństwo. Oto Państwo, które właściwie w majestacie prawa zwyczajnie zamordowało kilku dzielnych i nieugiętych księży. I kiedy po tych z górą czterdziestu latach, właśnie dzięki niezłomności dużej część i społeczeństwa i Kościoła, udało się to Państwo wyrwać z rąk okupanta, okazało się, że – jak zwykle – jesteśmy sami i – jak zwykle – to nasze Państwo odwraca się do nas plecami i mówi nam, żebyśmy się zajęli swoimi sprawami. I kiedy to społeczeństwo, a i bardzo często ten Kościół, wręcz prosili Państwo, by zechciało rozliczyć i siebie i to wszystko złe, co na nim pasożytowało, zobaczyli wyłącznie pogardliwe wzruszenie ramion. I czasem jakieś migawki w telewizji na temat księży, o których już i tak nikt nie pamięta. I proszę zauważyć: nie było tak, że na wszelkie pretensje o to, że winni nie zostali ukarani, że prawda nie została ujawniona, że sprawiedliwość nie została zaspokojona i że krzywdy nie zostały wynagrodzone, nasze Państwo mówiło, że tak, tylko nie teraz, że owszem, ale za jakiś czas, że oczywiście, tylko kiedy już załatwimy najważniejsze sprawy. Nie. Odpowiedź była zupełnie inna. Najpierw zdziwienie że niby w ogóle nie wiadomo, o czym jest mowa, a później wręcz bezczelne zaprzeczanie faktom. No i nieustanne apelowanie do Kościoła, żeby się oczyścił i do ludzi, którzy zawsze o prawdę walczyli, żeby nie wysuwali się przed szereg, bo przed sobą mają o wiele większych i bardziej znakomitych bohaterów. Oto największa i najbardziej wpływowa grupa medialna, która w pewnym momencie za swoja główną misję przyjęła najbardziej podłe zafałszowanie prawdy o agenturalnej przeszłości Lecha Wałęsy, dziś – nie pierwszy już zresztą raz – nie posiada się z oburzenia, że polscy biskupi nagle powiedzieli, żeby się od nich odczepić. Doszło do tego, że tego samego wieczoru, Józef Oleksy razem z Moniką Olejnik krzywią się nad słowami Zbigniewa Girzyńskiego, który – nieudolnie, to fakt – stara się usprawiedliwić Kościół w tym szczególnym dniu i krzyczą: „Jakże to? Kiedyż to Kościół walczył o prawdę? Czy jeden, samotny ksiądz Zaleski, to cały Kościół?” Doszło do tego, że to oni właśnie – Oleksy i Olejnik – stają się bohaterami walki o prawdę i historyczną sprawiedliwość. Przepraszam bardzo, ale mnie proszę z tego wyłączyć. Ja rozumiem ból jaki można odczuwać, kiedy po raz kolejny okazało się, że są pytania i wątpliwości, od których zwykłym ludziom wara. Jednak nie mam najmniejszego zamiaru pomagać sobie w tym moim smutku kopaniem po kostkach moich biskupów. Nawet tych najbardziej sprzedajnych. Nawet wtedy, kiedy zdecydowali się na tę demonstrację i dokonali jej w tak szokujący sposób. Po tamtej stronie jest Państwo, po tej Kościół. Ostatnio, jak wiemy, właśnie to Państwo bardzo gwałtownie pracuje nad legalizacją tak zwanej cywilizowanej śmierci. Wbrew apelom Kościoła, wbrew najbardziej podstawowym prośbom o szacunek do życia, jedyna odpowiedź jaką Kościół słyszy, to ironiczny brak zainteresowania. A więc skoro Kościół ma prawo mówić tylko wówczas, gdy komuś, gdzieś, po tamtej stronie będzie to pasowało, to tym bardziej niech milczą ci wszyscy przedstawiciele Państwa, którzy nawet jednym palcem nie kiwnęli, żeby udowodnić, że zależy im na prawdzie i jakimkolwiek geście autentycznego pojednania.
Polski
3
13
25
1.8K
Zosia 🇵🇱 retweetledi
Jarosław Kaczyński
Jarosław Kaczyński@OficjalnyJK·
„Pierwszy katolik” wczoraj był w Watykanie i – jak sam powiedział – na wszystko z Ojcem Świętym miał podobne spojrzenie… Ciekawe, jak wytłumaczył prokuratorskie szykany wobec Daniela Obajtka, który wycofał ze sprzedaży na stacjach Orlen pismo z obrazoburczą okładką z wizerunkiem św. Jana Pawła II… Hipokryzja do entej potęgi! Polityka „opiłowywania katolików” trwa…
Jarosław Kaczyński tweet media
Polski
1.2K
2K
6.2K
100.5K
Zosia 🇵🇱 retweetledi
Karol Nawrocki
Karol Nawrocki@NawrockiKn·
Z ogromnym smutkiem przyjąłem wiadomość o śmierci pilota uczestniczącego w akcji gaśniczej. Rodzinie i Bliskim składam wyrazy głębokiego współczucia. Od wielu godzin setki strażaków i funkcjonariuszy służb z odwagą oraz poświęceniem walczą z pożarem na Lubelszczyźnie. Otoczmy Ich wsparciem i pamięcią. Niech św. Florian ma Ich w swojej opiece.
Polski
111
716
5.6K
91.1K
Zosia 🇵🇱 retweetledi
Żaklina Skowrońska
Żaklina Skowrońska@zaklinaskowron·
Para Prezydencka w Bazylice Archikatedralnej w Warszawie❤️ #VivatMaj 🇵🇱
Żaklina Skowrońska tweet media
Polski
50
230
1.2K
9.2K
Zosia 🇵🇱 retweetledi
Krzysztof Osiejuk
Krzysztof Osiejuk@KOsiejuk·
Z okazji majowych świat, chciałbym przypomnieć swój dawny już tekst o polskiej porzuconej chorągiewce. Wracaliśmy rano z kościoła, patrzymy, a tu na trawniku, pod drzewem, pod samym domem leży biało-czerwona flaga, taka jaką przez ostatnie dwa tygodnie przyczepiali do szyb samochodów nasi futbolowi patrioci. Widok tej chorągiewki, takiej brudnej, zmiętoszonej i znienawidzonej, zrobił na mnie takie wrażenie, że popędziłem do domu po aparat, z myślą taką, że zrobię jej zdjęcie, napisze o tym tekst i go właśnie tym zdjęciem zilustruję. Zdjęciem tej nikomu już dziś niepotrzebnej biało-czerwonej flagi. Kiedy wychodziłem ponownie z domu, wpadłem akurat na jakiegoś pana z małą dziewczynką, która niosła tę właśnie chorągiewkę, a jej ojciec – bo to był niewątpliwie ojciec – mówił do niej „Przyjdziemy do domu, to ją wypierzemy. Żeby była czysta”. W niedawnym swoim tu tekście pisałem o tych mistrzostwach i o całej tej histerii, która została w sposób tak oczywiście przemyślany wykreowana wyłącznie po to, by nam choć na parę tygodni odebrać rozum, a serca przerobić na gulasz, że aż głupio ów czarny projekt dłużej analizować. Pisałem o tej agresji, a jednocześnie bardzo jasno sugerowałem, że ktoś kto dobrze życzy Polsce, nie ma absolutnie żadnego innego wyjścia, jak liczyć wyłącznie na to, że polska reprezentacja zakończy swój udział w tych mistrzostwach jak najszybciej i to w sposób jak najbardziej upokarzający. Dlaczego? Dlatego, że od czasu jak w tym całym przerażającym pakiecie, skradziono nam również i nasz patriotyzm, jedynym sposobem na to, by go odzyskać, jest wykazanie, że jemu tam gdzie on dziś się znajduje, jest niezwykle źle. Że on tam cierpi i gnije. Jak ta, symboliczna niewątpliwie dziś już, samochodowa chorągiewka, wciśnięta gdzieś w odruchu zimnej wściekłości pod to drzewo. Ale nie tylko o to chodzi. Nie tylko o to, że nie ma absolutnie takiej możliwości, by – życząc dobrze Polsce – przebywać w tym samym sektorze, co Bronisław Komorowski z Grzegorzem Lato. To jest jednoznaczne i oczywiste. Jednak nie tylko o to chodzi, i nie o to przede wszystkim. Jak niektórzy zdążyli się zorientować, wczoraj zmarł generał Sławomir Petelicki. Zakładam, że jeśli ktoś już czyta ten tekst, to z całą pewnością nie potrzebuje dodatkowych wyjaśnień co do tego, czym ta śmierć jest, i co ona dla nas może oznaczać. A więc słowa więcej na ten temat, zwłaszcza że ani ja, ani nikt, poza może osobami najbardziej zainteresowanymi, nie mamy pojęcia, co się tak naprawdę stało. Jest jednak coś co powiedzieć należy – nieco obok samej tej śmierci – bo w sytuacji kiedy pozostają nam już tylko znaki, nie wolno nam pod żadnym pozorem tracić czujności. Wczoraj zmarł gen. Petelicki, dziś to dziecko podniosło z ziemi polską flagę, aby ją wyczyścić i w pewnym sensie odkupić. Oto dwa zdarzenia, niemal równie znaczące, a jednak skazane na wieczną niepamięć. Dlaczego? Dlatego, że to co się liczy, to zaledwie to zawiedzione pragnienie, by polscy piłkarze wygrali. By polscy piłkarze wygrali, i w ten sposób załatwili nam to wszystko, czego ani sami nie jesteśmy w stanie sobie załatwić, ani tak naprawdę nie mamy głowy do tego, by o tym myśleć. Bo jedyne co jesteśmy w stanie z siebie wydusić, to reakcja na bodziec. Zmarł gen. Petelicki, i fakt jest taki, że nie ma dziś dla nas żadnego znaczenia, czy ta śmierć była wynikiem samobójstwa, czy wypadku, czy zabójstwa. To co się liczy, to fakt, że on zmarł, a w reakcji na tę śmierć nie podniosło się nawet jedno westchnienie. Dlaczego? Bo wszyscy zostaliśmy tak zaprogramowani, by coś tak nieistotnego jak śmierć jakiegoś Petelickiego nie miała dla nas najmniejszego znaczenia. By w sytuacji, kiedy zdarzy się coś naprawdę znaczącego dla nas i dla Kraju, nasze myśli i serca były skoncentrowane na czymś innym. Czymkolwiek, byle nie tym co ważne. Dalszą część tekstu proszę czytać na moim blogu pod adresem toyah1.blogspot.com/2012/06/zdjeci…
Polski
0
11
16
429