WojnawKolorze@wojnawkolorze
Obserwując od kilku dni to, co się dzieje w temacie stosunków polsko-ukraińskich, pozwalam sobie wreszcie zabrać głos.
My, Polacy, musimy sobie uświadomić jedną, ważną rzecz:
OUN i UPA są bohaterami dla Ukraińców. I tak już pozostanie. Ale to dla Polaków nic nie znaczy. Dlaczego? O tym poniżej.
Na nic zdały się polskie zaklinania z marca 2022 roku, że „po wojnie będą mieli nowych bohaterów”. W kwietniu 2022 roku ukraińska grupa badawcza „Rejtynh” opublikowała badania, wg których Ukraińską Powstańczą Armię za bohaterów uważa 81 % Ukraińców. 74 % Ukraińców uważa za bohatera Stepana Banderę.
Trend ten był widoczny gołym okiem od 2004 roku i tzw. pomarańczowej rewolucji, oraz polityki Wiktora Juszczenki, który zaczął państwowy kult Stepana Bandery. To za jego kadencji wybudowano pomnik we Lwowie i nadano Banderze tytuł bohatera Ukrainy. Dziesięć lat później flagi UPA na Majdanie były widoczne gołym okiem, choć jeszcze nie dominujące. Ale po zajęciu przez Rosjan Krymu i wojnie w Donbasie, kult ten zaczął rosnąć lawinowo.
I trudno się temu dziwić. Dla Ukraińców UPA to bojownicy walczący o wolną i niepodległą Ukrainę przeciwko opresyjnym sąsiadom, w tym przede wszystkim - z Sowietami. W Polsce bardzo niewiele mówi się o ciężkich walkach na tzw. zachodniej Ukrainie (czyli dawnych polskich Kresach Wschodnich), trwających w latach 1944-1954.
Pochłonęły one życia 30 000 Sowietów (z czego 8000 funkcjonariuszy NKWD/MGB) i 150 000 Ukraińców. Walki były ciężkie, krwawe, UPA walczyła bardzo zażarcie, a dla NKWD to właśnie ten region był najtrudniejszy do spacyfikowania. Mało kto słyszał o zamachach banderowców na wyższych sowieckich dowódców, o rajdach na miasteczka, zestrzeliwaniu sowieckich samolotów, wysadzaniu pociągów pancernych itp. 280 000 Ukraińców zostało przez Sowietów wysiedlonych i/lub uwięzionych. Nie było tam rodziny, której nie dotknęłyby sowieckie represje. Po 1991 roku samorzutnie zaczęły powstawać tam pomniki i kurhany na cześć poległych.
Symbol ten stał się jeszcze atrakcyjniejszy w dobie obecnej wojny. To, co się dzieje, jest logiczną kontynuacją wydarzeń sprzed 20 lat. Dodajmy do tego pełną „popkulturyzację” OUN/UPA, sprowadzoną do tego, że na Ukrainie wydawane są książeczki dla dzieci, gloryfikujące UPA, a piosenkę „Bat'ko nasz Bandera” śpiewa się nawet na meczach i weselach.
Na tę pamięć nakłada się fakt, że dawni banderowcy, którzy zdołali uciec z Ukrainy na zachód stali się po wojnie pupilkami władz w Wielkiej Brytanii, Kanadzie i USA. Byli zatrudniani jako eksperci od spraw wschodnich, otrzymywali stanowiska i granty. Wielu znalazło się pod parasolem CIA i MI6 ze względu na swój nieprzejednany antykomunizm. To łączy się z tym, dlaczego we wrześniu 2023 roku w kanadyjskim parlamencie weteran ukraińskiej dywizji SS był podejmowany z honorami przez premiera Kanady.
W ten sposób, wykorzystując blokadę informacyjną, mogli przez dekady spisywać swoją historię tak, jak chcieli. Na przykład w postaci tzw. Litopysu UPA - serii książek, opartych o dokumenty OUN, które odpowiednio preparowano. Próżno tam szukać jakichkolwiek wzmianek o zbrodniach banderowców. Wszelkie ataki na wsie i kolonie przedstawiane są jako heroiczne walki ukraińskich bohaterów z uzbrojonymi okupantami i szturmy garnizonów.
W efekcie na podstawie takich pseudonaukowych źródeł ukraińska Wikipedia i inne strony całkowicie zafałszowują obraz działań OUN i UPA.
Tu muszę wtrącić, że anglosaskie poleganie na Ukraińcach jest na dłuższą metę szkodliwe. Pokazuje to sprawa pomnika ofiar komunizmu w Ottawie, gdzie musiano zasłonić tablice z nazwiskami „ofiar” komunizmu, bo okazało się, że na 553 nazwiska, ok. 330 to członkowie niemieckich formacji kolaboracyjnych i zbrodniarze zaangażowani w niemieckie zbrodnie. W ten sposób na zachodzie nierzadko „ofiary komunizmu” są przedstawiane jako naziści - co jest zgodne z rosyjską linią propagandową.
Nie można się dziwić Ukraińcom, którzy nie mają szczególnie szerokiego panteonu bohaterów do wyboru. Dla współczesnego Ukraińca odwoływanie się do tradycji kozaczyzny, czy Bohdana Chmielnickiego jest zbyt odległe - tak, jak dla Polaków dziedzictwo Polski piastowskiej.
Z kolei spośród nowszych bohaterów Ukraińcy mają do wyboru albo Pawło Skoropadskiego, przywódcę Hetmanatu, pierwszego nowoczesnego państwa ukraińskiego, uważanego jednak za niemieckiego figuranta, albo Symona Petlurę, uważanego za polską marionetkę i wielkiego przegranego wojny 1920 roku, albo Nestora Machnę, który jako anarchista, w dodatku sprzymierzający się z bolszewikami, nieszczególnie nadaje się na bohatera narodowego. Nie wspominam o Ukraińcach powiązanych z Sowietami, w tym tych z Armii Czerwonej, bo to tradycja i narracja Federacji Rosyjskiej, od której Ukraina usiłuje się na wszystkie sposoby odciąć.
Zostaje więc jedynie tradycja Strzelców Siczowych i ich następców z Ukraińskiej Organizacji Wojskowej, a potem Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów - przedstawianych jako młodych, romantycznych patriotów, walczących ze wszystkimi wrogami Ukrainy (prawdziwymi, bądź wyimaginowanymi). Jedyny autorski wytwór Ukraińców w XX wieku.
Zaskoczeni mogli być jedynie niektórzy Polacy - głównie ci, którzy w 2022 roku niewybrednie zakazywali mówić o Wołyniu „bo to pomaga Rosji” i „wrócimy do tego po wojnie”. Szczuli też na upamiętnianie Ludobójstwa Wołyńskiego, kazali zamalowywać murale poświęcone ofiarom i odwoływać konkursy w szkołach na ten temat. Ci sami ludzie stawiali siebie w roli adwokatów Ukrainy i w sposób obrzydliwy zrzucali winę za ludobójstwo na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej na... ofiary. Mówili - bez żadnej żenady - że „Polacy nie byli bez winy”, bo rzekomo „ciemiężyli” Ukraińców. Inni dodawali, że „UPA to tacy ukraińscy Żołnierze Wyklęci”, albo „Stepan Bandera nie wiedział o ludobójstwie na Wołyniu”. Niektórzy nawet powoływali się na... „Trylogię” Sienkiewicza jako źródło historyczne i uzasadniali bestialstwo ukraińskich nacjonalistów tym, że 300 lat wcześniej książę Wiśniowiecki kazał palować Kozaków 500 kilometrów na wschód od Wołynia.
To wszystko było częścią politycznej wojenki polsko-polskiej. Skoro strona „A” przypomina o Wołyniu, to strona „B” musi zacząć tę pamięć zwalczać w imię doraźnych celów politycznych. To samo wcześniej dotyczyło Żołnierzy Wyklętych, a wcześniej Powstania Warszawskiego. Tylko tym bardziej odrażające, że (fajno)Polacy sami wybielają własnych oprawców.
Wyżej napisałem jednak, że dla Polaków to nic nie znaczy.
Kilka lat temu udzielałem wywiadu, w którym stwierdziłem, że Polacy mają jakiś taki straszny problem o kult OUN, UPA i Bandery na Ukrainie, bardzo się o niego oburzają i go zwalczają.
Jednocześnie ci sami Polacy kompletnie ignorują, że dwaj sąsiedzi Polski - czyli Rosja i Białoruś - całkowicie jawnie i bez żadnego zażenowania upamiętniają zbrodniarzy sowieckich. W Rosji na porządku dziennym jest kult Armii Czerwonej, Stalina, NKWD. Widać to co roku 9 maja w trakcie tzw. dnia zwycięstwa. Wiele się mówi o pomnikach Bandery na Ukrainie. Tymczasem w Rosji jest 110 pomników masowego mordercy Józefa Stalina, a pomnik Włodzimierza Lenina jest w każdej większej miejscowości. Jednocześnie całkowicie niszczone są pomniki i tablice poświęcone ofiarom stalinizmu. Szczególnie polskich. Ostatnio, bo pod koniec kwietnia, w Tomsku.
Na Białorusi także - i to w takim stopniu, że minister spraw wewnętrznych Białorusi, Igor Szuniewicz, na państwowych uroczystościach przebierał się w mundur stalinowskiej milicji. Białoruś to jedyny kraj świata, który fetuje agresję na Polskę i 17 września traktuje jako „dzień jedności narodowej”. Polskie cmentarze i miejsca pochówku, pomniki i wszelka pamięć o Polsce jest tam sukcesywnie wymazywana. Przypominałem m. in. o cmentarzu polskich żołnierzy Armii Krajowej w Surkontach, zrównanym z ziemią w sierpniu 2022 roku, w 78. rocznicę bitwy. Nie był to jedyny tego typu cmentarz zniszczony przez białoruskie władze. Na Białorusi nadal trwają prześladowania Polaków, upamiętniających swój naród. Wszyscy znamy p. Andrzeja Poczobuta, ale białoruski reżimek posuwał się do oskarżania np. 83-letniej p. Weroniki Sebastianowicz, żołnierza Armii Krajowej. Za zbieranie paczek dla weteranów...
Ta sama Białoruś i ta sama Rosja od lat prowadzą wściekłą kampanię przeciwko Polsce, kręcąc jeden antypolski film za drugim. Serial „SMIERSZ”, gdzie dzielni czekiści walczą z „polsko-litewską bandą niedobitków faszystowskich” w 1945 roku. Film „W sierpniu 44-go”, gdzie dzielni czekiści walczą z niemieckimi kolaborantami i ich pomagierami z AK. Serial „W czerwcu 41-go”, gdzie dzielny czekista znad granicy walczy z Niemcami i wspierającym ich polskim szlachciurą. I tak dalej, i tak dalej.
Swoją drogą, to wyjątkowo obrzydliwe, że udział w powyższych produkcjach - i to niemały - mieli polscy aktorzy. Ale to temat na osobną nitkę.
Jednak w Polsce nie ma żadnego oburzenia na rosyjską i białoruską pamięć historyczną. Jako Polacy zaakceptowaliśmy fakt, że na wschodzie trwa w najlepsze upamiętnianie zbrodniarzy, kult kłamstwa i zohydzanie Polaków.
Z Ukrainą będzie dokładnie tak samo. I tu znowu mogą być zdziwieni tylko niektórzy Polacy. Ci, którzy pisali w 2022 roku, że Ukraińcy to „nasi bracia”, którzy się niczym od nas nie różnią i są tak samo postępowi jak zachodnia Europa.
Nie, Ukraińcy nie są naszymi „braćmi”. W polityce międzynarodowej nie istnieje coś takiego, jak „braterskie narody”. Są, mówiąc językiem wielu z nich, poputczikami. Łączy nas z nimi wyłącznie doraźny cel - walka z Rosją - a nie żadne braterstwo i wspólnota czegokolwiek. I dla większości Polaków oczywiste będzie, że - z grubsza - mentalność Ukraińców i Rosjan nie różni się zbytnio od siebie. To są dwie strony tej samej monety.
Nie mamy żadnego wpływu na wybór ukraińskich bohaterów i ich panteon narodowy. Mamy jednak wpływ na samych siebie. Wykorzystajmy to do zwalczania szkodliwych polskojęzycznych wypowiedzi, porównujących UPA do AK, wybielających Banderę i zrzucających winę za ludobójstwo na Wołyniu na Polaków. Ukraińcom nie wybierzemy bohaterów - tak, jak nie wybraliśmy ich Rosji - ale możemy walczyć o prawdę i pamięć, przypominać o zbrodniczej ideologii OUN/UPA i bestialstwie, jakiego dopuścili się banderowcy.