
Bogdanowski
2.4K posts















15 tys. ataków lotniczych... To jakieś 3x więcej niż liczba ataków dronowych i rakietowych Iranu. A przecież większość z tych 15 tys. bomb/pocisków/dronów przeważnie w coś trafiła z uwagi na fakt, że Iran dysponuje obroną powietrzną w technologii stealth, która jest w tym konflikcie praktyczne niewidzialna... Gdyby to przeliczyć na kilotony trotylu, to dysproporcja byłaby pewnie znacznie, znacznie większa, bowiem irańskie drony nie przenoszą wielkich ładunków, a standardowa bomba lotnicza niesie 10-krotnie cięższą głowicę. A jeśli uwzględnimy skuteczność rażenia celów - bo większość środków napadu powietrznego Iranu została zestrzelona - to już zapewne nie ma czego porównywać. Biorąc pod uwagę fakt, że zarówno w Wenezueli, ale i Iranie znajdowały się chińskie (vide radary) oraz rosyjskie systemy OPL, to niezależnie od wyniku politycznego tej wojny, z pewnością stanowi ona pokaz amerykańskiej potęgi militarnej w wymiarze konwencjonalnym, której nie mogą ignorować ani w Moskwie, ani w Pekinie. I pewnie nie ignorują. Lotnictwo amerykańskie jest jak widać najbardziej doświadczone i najlepiej przygotowane do penetrowania wrogiej przestrzeni powietrznej. To jest duży problem dla adwersarzy, zwłaszcza jeśli prawdą jest, że irańskie schrony w wielu przypadkach okazują się być zbyt płytkie/słabe na amerykańskie najcięższe bomby przeciwschronowe (GBU-57 MOP). Bo to może oznaczać, że miejsc, gdzie można się bezpiecznie schronić na czas W może być znaczniej mniej niż zakładano. W krótkim terminie, fakt, że Amerykanom kończą się przeciwrakiety jest niebezpieczny. Jednak ich "miecz" wydaje się mieć większy potencjał odstraszania niż ma tarcza. Zwłaszcza, że Amerykanów - na ich ziemi - raczej nie ma jak sięgnąć w wojnie konwencjonalnej. Więc wojna z nimi może wyglądać właśnie tak, jak to ma miejsce w Iranie. Iran nie potrafi sięgnąć Amerykanów więc atakuje ich lokalnych partnerów. To niesie za sobą skutki polityczne, ale tak się wojny z USA wygrać nie da. Bo celem wojny - dla takich państw jak Chiny czy Rosja - nie może być po prostu zwykłe przetrwanie nawałnicy wroga i uderzanie w jego sojuszników. Pekin i Moskwa nie chciałyby rozpoczynać takiego konfliktu, w którym nie mogłyby bezpośrednio dosięgnąć przeciwnika, a same mogłyby być wyniszczane przez jego lotnictwo (oczywiście potencjał Rosji i Chin jest zupełnie inny niż Iranu, zwłaszcza w kontekście sił lotniczych, których Teheran nie posiadał, natomiast amerykański potencjał i tak musi robić wrażenie). Stąd uważam, że wojna z Iranem zawiera w sobie spory potencjał odstraszania Rosji, a także Chin. To jest oczywiście potencjał, bo jeśli USA uwikła się w długą wojnę na Bliskim Wschodzie, to to będzie zwiększało ryzyko konfliktów, a nie zmniejszało. Natomiast, gdyby udało się wojnę w Zatoce wygasić relatywnie szybko, wówczas Wschód miałby o czym myśleć. Oczywiście w kalkulacjach politycznych bierze się pod uwagę także inne względy, nie tylko czystą siłę militarną. I ważne jest to, czy potencjalny wróg wierzy w to, że USA ruszy np. w obronie sojuszników czy Tajwanu. Tutaj administracja Trumpa jest najmniej wiarygodną od dekad. Z drugiej strony tego rodzaju wada jest mitygowana przez aktualnie dużą nieobliczalność Waszyngtonu, który dodatkowo zdaje się mieć w poważaniu normy i prawo międzynarodowe i zdolny jest podejmować decyzje, których wcześniej USA by nie podjęły. Wenezuela, flota cieni, Iran dowiodły, że USA nie zawsze bluffuje i potrafi także solidnie przywalić. Nawet wówczas, gdy teoretycznie może to nieść za sobą wysokie ryzyko (Iran). Tak więc ci, którzy byli pewni, że Trump tylko straszy, ale boi się podejmować trudnych decyzji, a dodatkowo krępuje go polityczna narracja o nie wchodzeniu do nowych wojen, teraz już tacy pewni być nie mogą. Co znacznie utrudnia dokonanie odpowiednio wiarygodnej kalkulacji ryzyka. Problem z Trumpem mają nie tylko partnerzy i sojusznicy, ale i także przeciwnicy oraz rywale. To dwie strony tego samego medalu.






























