Bartłomiej Wypartowicz 🇵🇱@WypartowiczBa
W Polsce od wczoraj widać wyraźną falę emocji i wręcz pewną histerię po artykułach związanych z zasadniczą służbą wojskową. W internecie powtarza się jeden schemat: „jak coś się zacznie, to po prostu wyjadę”. No nie bardzo bym powiedział.
W momencie realnego zagrożenia państwo przestaje funkcjonować w trybie pokojowym. Na podstawie Ustawy o obronie Ojczyzny możliwe jest wprowadzenie stanu wojennego, który radykalnie ogranicza swobody obywatelskie, w tym możliwość swobodnego przemieszczania się. Granice mogą zostać bardzo szybko uszczelnione, a osoby zdolne do służby wojskowej nie będą mogły ich opuścić.
Plus takie decyzje nie musza zapasc dopiero w chwili ataku. Jeśli zagrożenie zostanie uznane za realne, państwo może działać z wyprzedzeniem. W takiej sytuacji próba wyjazdu w ostatniej chwili może się po prostu nie udać, bo system kontroli będzie już działał.
Wbrew temu, co czasem pojawia się w dyskusjach, nie jest to kwestia decyzji NATO. Sojusz nie reguluje tego, czy obywatele mogą opuszczać kraj. Jednak jego podejście, widoczne chociażby w NATO Strategic Concept 2022, opiera się na założeniu, że państwa muszą być zdolne do szybkiej mobilizacji i utrzymania swoich zasobów, w tym ludzi. To państwo decyduje, kto zostaje, a nie kto chce wyjechać.
Dlatego kluczowe nie jest to, czy ktoś zostanie później sprowadzony z zagranicy, tylko czy w ogóle uda mu się wyjechać. Państwo ma interes w tym, by osoby zdolne do służby pozostały na miejscu, i posiada narzędzia, aby to wyegzekwować.
Równolegle uruchamiana jest mobilizacja, która wcale nie wygląda tak, jak wielu osobom się wydaje. W Polsce istnieje mechanizm szybkiego doręczania powołań, w którym czas na stawienie się do jednostki może być liczony w godzinach. Najpierw obejmuje to osoby z doświadczeniem wojskowym, ale bardzo szybko może rozszerzyć się na kolejne grupy. Zamiast planowania wyjazdu wiele osób może po prostu otrzymać wezwanie i obowiązek natychmiastowego stawienia się.
Brak reakcji na takie wezwanie nie jest traktowany jak zwykłe wykroczenie administracyjne, tylko jako poważne naruszenie prawa. Zgodnie z Ustawa o obronie Ojczyzny grozi za to grzywna, ograniczenie wolności, a nawet kara pozbawienia wolności do kilku lat. W warunkach stanu wojennego sytuacja robi się jeszcze poważniejsza, bo uchylanie się od służby może zostać uznane za dezercję, co wiąże się z dużo surowszymi konsekwencjami.
Do tego dochodzą skutki praktyczne. Osoba, która nie stawi się na wezwanie, może zostać objęta działaniami służb, mieć problemy administracyjne i ograniczone możliwości funkcjonowania w państwie. W teorii można próbować unikać obowiązku, ale w realiach wojennych oznacza to życie w ciągłej niepewności i ryzyku odpowiedzialności karnej.
Dochodzi do tego rzeczywistość funkcjonowania państwa w czasie wojny. Przemieszczanie się po kraju staje się ograniczone, ponieważ drogi są podporządkowane wojsku, infrastruktura transportowa może być celem ataków, a paliwo podlega reglamentacji. Nawet mając samochód, można nie mieć możliwości jego użycia. W określonych sytuacjach państwo może również przejmować sprzęt potrzebny do działań obronnych, w tym niektóre pojazdy.
Często pojawia się też argument, że wystarczy wyjechać do innego kraju w Europie i tam przeczekać. To również nie jest takie proste. Polska ściśle współpracuje z wieloma państwami. Wymieńmy chociażby Niemcy, Francje, Czechy, Słowacje czy Hiszpanie. W ramach tej współpracy działa Europejski Nakaz Aresztowania. Co prawda sprawy związane z obowiązkiem wojskowym nie zawsze prowadzą do automatycznego wydania danej osoby, ale poruszanie się między krajami w takiej sytuacji może być utrudnione i obarczone ryzykiem.
Co istotne, te konsekwencje nie znikają z czasem. Nawet jeśli ktoś przebywa za granicą i uniknie natychmiastowych skutków, każda próba powrotu do Polski, nawet po wielu latach, moze zakończyć się zatrzymaniem i postępowaniem karnym.
Można do tego dodać jeszcze kilka mniej oczywistych, ale bardzo realnych przeszkód, które w dyskusjach są często pomijane.
Po pierwsze, infrastruktura graniczna i transportowa nie działa w próżni. W sytuacji kryzysowej nie tylko państwo moze wprowadzić kontrole, ale zwyczajnie pojawia się efekt przeciążenia. Lotniska przestają funkcjonować normalnie, część lotów jest odwoływana, przestrzen powietrzna może zostać ograniczona lub zamknięta, a priorytet dostają operacje wojskowe i ewakuacyjne. Nawet jeśli ktoś ma bilet, nie ma gwarancji, że samolot w ogóle wystartuje. A to może się stać jeszcze przed rozpoczęciem ewentualnej wojny, nie po fakcie,
Podobnie wygląda sytuacja na drogach. Masowy ruch ludności powoduje korki na skalę, której nie da się ominąć sprytem i znajomościa dróg. Wystarczy spojrzeć na doświadczenia z początku wojny na Ukrainie, gdzie były dziesiątki kilometrów zatorów na głównych trasach wyjazdowych. Do tego dochodzą kontrole, punkty blokadowe i możliwe ograniczenia wjazdu po stronie państw sąsiednich.
I nalezy pamietac, że nie wszystkie kraje automatycznie przyjmą każdego. W sytuacji nagłego napływu ludzi państwa mogą wprowadzać własne ograniczenia. selekcję, limity, wymogi dokumentacyjne albo priorytety dla określonych grup (np. kobiet z dziećmi). To oznacza, że nawet jeśli ktoś fizycznie dotrze do granicy, nie ma pewności, że ją przekroczy bez problemów.
A co z pieniążkami na wyjazd? W warunkach kryzysu system bankowy może działać w ograniczonym zakresie, mogą pojawić się limity wypłat gotówki albo problemy z płatnościami zagranicznymi. Wyjazd na szybko często zakłada, że wszystko będzie działać jak zwykle, a to jedno z pierwszych założeń, które przestaje być prawdziwe.
I na koniec: wyjazd w razie wojny nie jest kwestią wyłącznie indywidualnej decyzji czy zaradności. To złożony proces zależny od decyzji państwa, sytuacji międzynarodowej, infrastruktury i zwykłej logistyki. I właśnie te elementy sprawiają, że scenariusz „po prostu wyjadę” jest w praktyce znacznie trudniejszy, niż się wielu wydaje.