Marta N Wróblewska PhD

2.8K posts

Marta N Wróblewska PhD banner
Marta N Wróblewska PhD

Marta N Wróblewska PhD

@martawrob

OUT OF LOVE WITH TWITTER / X impact ninja | SWPS Warsaw | It's easy to laugh, it's easy to hate, it takes guts to be gentle and kind

Warsaw (PL) Katılım Şubat 2015
1.1K Takip Edilen737 Takipçiler
Sabitlenmiş Tweet
Marta N Wróblewska PhD
Marta N Wróblewska PhD@martawrob·
Opis wpływu złożony w ramach 3 kryt. jest “wart” od 7 do 67 razy tyle co pojedyncza publikacja. Opisy wpływu są krótkie (ok. 4 str). Więc strona opisu wpływu “waży” w ewaluacji znacznie więcej (nawet 400 razy!) niż strona publikacji. Dlaczego więc wciąż debatujemy o publikacjach?
Polski
1
3
7
419
Marta N Wróblewska PhD
Marta N Wróblewska PhD@martawrob·
@TurkishAirlines Question: when traveling with an infant (1 y.o) do I need to bring a seat (CRD)? How do I book a separate seat for an infant on a long-haul flight? What is the fee for an infant ticket with separate seat?
English
3
0
0
62
Marta N Wróblewska PhD
Marta N Wróblewska PhD@martawrob·
Jest nowy Przewodnik KEN dot. ewaluacji trzeciego kryterium (wpływ społeczny). To krok w złym kierunku na polskiej „ścieżce do wpływu społecznego”. Winne są hołdowanie logice punktozy i wypaczone rozumienie „znaczenia” wpływu.
Polski
1
4
21
4.2K
Marta N Wróblewska PhD retweetledi
Timothy Snyder
Timothy Snyder@TimothyDSnyder·
Trump and Vance act as if the problem is that Ukraine is resisting an ongoing Russian invasion. The problem is the ongoing Russian invasion. If they want to use American power to stop the war, apply it to the aggressor. Abusing the victim is not going to end a war of aggression.
English
841
9.5K
46.2K
986.4K
Marta N Wróblewska PhD
Marta N Wróblewska PhD@martawrob·
Opis wpływu złożony w ramach 3 kryt. jest “wart” od 7 do 67 razy tyle co pojedyncza publikacja. Opisy wpływu są krótkie (ok. 4 str). Więc strona opisu wpływu “waży” w ewaluacji znacznie więcej (nawet 400 razy!) niż strona publikacji. Dlaczego więc wciąż debatujemy o publikacjach?
Polski
1
3
7
419
Marta N Wróblewska PhD
Marta N Wróblewska PhD@martawrob·
@groupon_pl Czy mają Państwo jakikolwiek helpdesk? W FAQ linki prowadzą jeden do drugiego w kółko. Z info@groupon.pla automatyczna zwrotka i odesłanie do FAQ. To jest nielegalne! Proszę o kontakt do biura obsługi.
Polski
1
0
0
29
Marta N Wróblewska PhD
Marta N Wróblewska PhD@martawrob·
Fantastic conference #RESSH2024 last week! Diagnosing the many problems of research evaluation in social sciences and humanities and looking for (narrow) paths forward. I am glad I made the trip to Ireland.
English
0
0
5
219
Marta N Wróblewska PhD
Marta N Wróblewska PhD@martawrob·
It’s almost impossible to pursue research impact while building an academic career. Check out my article for Research Europe on research impact evaluation and early career academics.
Research Europe@ResearchEurope

Opinion article: "While pursuing impact aligns with young scholars’ personal values, it often generates tensions when planning a career in academia," writes @martawrob (€) researchprofessionalnews.com/rr-news-europe…

English
1
10
15
2.4K
Marta N Wróblewska PhD
Marta N Wróblewska PhD@martawrob·
I'm putting together a syllabus for English MA course on Translation Theory. Any recommendations for a readable text (academic or popular) on the future of the profession, in the context of AI? #translation #translationtheory
English
0
0
0
116
Marta N Wróblewska PhD
Marta N Wróblewska PhD@martawrob·
📢Poszukuję stypendysty/stypendystki w moim projekcie badawczym 🎯osoba studiująca na studiach mgr lub dr& (dowolnej uczelni) 🎯z kompetencjami w obszarze badań ilościowych (głownie ankiety). Zapraszam! skk.erecruiter.pl/Offer.aspx?oid…
Polski
0
6
5
560
Szczepan Twardoch
Szczepan Twardoch@sz_twardoch·
Napisałem w zeszłym roku esej o wojnie w Ukrainie, opublikowany w tym samym momencie w Gazecie Wyborczej i w Neue Zürcher Zeitung. Nie jestem dziennikarzem, był to tekst literacki, tym niemniej, skoro pisałem w nim o faktach, redakcja NZZ uprzejmie poprosiła mnie o dowody na to, że byłem tam, gdzie opisuję, że byłem, że rozmawiałem z ludźmi, z którymi rozmowy w moim tekście przytaczam i tak dalej. Przesłałem więc całą dokumentację i ktoś w redakcji zajął się fact-checkingiem i dopiero po tym tekst został opublikowany. Czy zrobiło mi się przykro z tego powodu? Czy uznałem to za brak zaufania? Nie, poczułem dumę, że ktoś moją pracę, moje słowa traktuje poważnie, by potem poważnie mógł je traktować czytelnik. Ten sam tekst w Gazecie Wyborczej został opublikowany bez sprawdzenia czegokolwiek. Taka jest norma w polskiej prasie, nie piszę więc tego z pretensją do redakcji. Redaktorzy Wyborczej wiedzieli, że nie napisałem eseju o moich doświadczeniach z Ukrainy siedząc na kanapie w Pilchowicach, bo pomogli mi w pewnym organizacyjnym aspekcie moich wyjazdów, za co jestem wdzięczny, dzieliłem się również w mediach społecznościowych dowodami na to, że w istocie byłem tam, gdzie twierdzę, że byłem, więc zapewne w tym przypadku zasługiwałem na to zaufanie — przede wszystkim jednak, tak się po prostu w polskich mediach pracuje i gdyby akurat w tym samym momencie mojego eseju nie sprawdzała redakcja NZZ, to nie zwróciłbym na to nawet uwagi. Tym niemniej jednak, mogłem przecież zmyślać. Mogłem fantazjować. I skąd czytelnik ma wiedzieć, że tego nie robię? Czy pochlebia mi więc to zaufanie, którym redakcja mnie obdarzyła? Nie, bo wiem, że obdarzani są nim wszyscy i czasem, jak się okazuje, nieco na wyrost. Piszę o tym odwołując się do artykułu Marcina Kąckiego, który redaktorki i redaktorzy Wyborczej — widziałem zachwyty Aleksandry Sobczak i Michała Nogasia — entuzjastycznie polecali, nie szczędząc wyszukanych komplementów, deklarując, że tekst ten winien być książką, taki jest dobry, że przy lekturze płakali, zachwycali się „jak to jest napisane!”. Gdy jednak dziennikarka Newsweeka Karolina Rogaska poinformowała o postępkach Kąckiego wobec niej i w mediach społecznościowych wezbrała fala uzasadnionego oburzenia, Sobczak i Nogaś gwałtownie zmienili zdanie i zmianę uzasadniali tym, że Kącki nie poinformował redakcji o tym kontekście swojego tekstu. Mam tutaj dwa zastrzeżenie, jedno szczegółowe, drugie natury ogólnej, ważniejsze. Po pierwsze, trudno mi uwierzyć, że można było ten minoderyjny tekst, ocierający się o grafomanię (Umschlagplatz, stopy uchodźców, czy jest jakaś granica, której autor nie przekroczył litując się nad sobą skrzydlatymi słowy?) uznać za wspaniały dla samych jego literackich wartości. Oczywiście, gusta literackie są różne, ale jakim cudem tak doświadczeni dziennikarze i dziennikarki nie byli w stanie przejrzeć intencji autora trudno mi zrozumieć. Dlaczego? Pozostaje mi się domyślać. Po drugie i jest to zastrzeżenie ważniejsze, bo systemowe i nie odnoszące się tylko do redakcji „Gazety Wyborczej”, ale do polskich mediów w ogóle: naprawdę, redakcja nie zna kontekstu tekstu, bo autor jej nie poinformował? Zdaje mi się, że po to redakcja jest redakcją, tym różni się od mediów społecznościowych, by brać odpowiedzialność za to, co publikuje, współdzieląc ją z autorem. Dlatego do autora zaufanie redakcji musi być ograniczone. Systemowo. Po to, by to zaufanie do redakcji, autora i tekstu mógł mieć czytelnik. Czytając tekst we wspomnianym NZZ z własnego doświadczenia chociażby wiem, iż jeśli autor przytacza jakiś fakt, to stoi za nim cały system weryfikacji tegoż. Jakie mogę mieć zaufanie do tekstu, jeśli redakcja ufa, że autor o istotnych kontekstach — na przykład konflikcie interesów — poinformuje sam? Siedem lat temu Adam Leszczyński napisał i opublikował w „Krytyce Politycznej” świetny tekst o znanej ze zmyślania „polskiej szkole reportażu”, w którym wskazuje on jak najbardziej słusznie, że jeśli autor pragnie korzystać dla swej twórczości z waloru określenia „non-fiction”, to jego książka powinna przejść tę systemową weryfikację. Czy w polskich wydawnictwach specjalizujących się w non-fiction coś się od tego czasu zmieniło? Czy są już w nich działy zajmujące się fact-checkingiem, czy proces ten jest dalej uznawany za obraźliwy dla autora? Póki nic się w tej materii nie zmieni, polski reportaż winno traktować się jak fikcję i sam takie założenie czynię, jeśli sięgam po książki polskich reporterów i również z tego powodu nie czynię tego często. Od niewiarygodnego non-fiction wolę literaturę, która niczego nie udaje. Czytając non-fiction chcę mieć pewność, że wydawca wybrał się przed publikacją śladem autora i wiedząc o tym, że ktoś się wybierze, autor przynajmniej starał się dochować wierności faktom. Rola mediów jest jednak społecznie o wiele ważniejsza, niż „polska szkoła reportażu”. Jeśli redakcja Wyborczej nie wiedziała o kontekście tekstu Kąckiego, bo autor go nie ujawnił, to o jakich innych nieujawnionych przez autorów kontekstach nie wie? O czym w ogóle wiedzą w Polsce redakcje, publikując teksty swoich autorów? Tutaj naprawdę czas już coś zmienić.
Polski
67
203
1.6K
214.1K