Przewodzik@Przewodzik
PrzewodzikFilmowy (minirecenzja)
„Zamach na papieża”, reż. Władysław Pasikowski (2025). Panie Władysławie, ja za dobrze znam Pana chwyty, my naprawdę po raz kolejny marnujemy czas. I właśnie o ten czas mam najwięcej pretensji, bo oglądanie najnowszego filmu twórcy „Psów” to jest niebywałe wręcz marnotrawstwo. Choć w zasadzie nie do końca, bo jednak trochę oszukiwałem przy oglądaniu - robiłem sobie herbatę, byłem w toalecie, obciąłem paznokcie, a to wszystko bez klikania w przycisk pauzy. Nie było takiej potrzeby – jaki ten film będzie, wiedziałem niemal od początku.
Choć znów – nie do końca, bo on mnie jednak zaskoczył. Przede wszystkim tym, że okazał się jeszcze głupszy niż myślałem. Bo tu zdecydowanie najgorszym elementem układanki filmowej jest zupełnie kretyński scenariusz. Ja wszystko rozumiem, można sobie mieszać fakty z fantazją i to nawet fajnie wychodzi, ale niechże to ma jakiś sens i cel. Tu nie ma – bo ta opowieść o polskim Szakalu, Brudnym Harrym i Foreście Gumpie, których wrzucono do niemłodego już ciała Bogusława Lindy razi scenariuszowymi dziurami, naiwnościami, nieścisłościami i ogólnym poczuciem żenady narracyjnej. Nic się nie zgadza w tej opowieści, ale jest sporo trupów, mnóstwo bluzgów, bon motów z odzysku i żartów piątej świeżości, więc „dzieje się sporo”. Bez sensu, ale sporo.
Swoją drogą postać Bruna, którego gra Linda, to taka stara marynarka, która ma nie tylko łaty na łokciach, ale też w każdym innym miejscu i ten wygląd patchworkowej narzuty może budzić tylko politowanie. Bo czego tu nie ma – no wszystko jest: a to zadźganie molestującego księdza w wieku 11 lat, a to zabicie Bieruta w Moskwie, a to ślub z Żydówka i jej emigracja w 1968 rok, a to rekord w długości celnego strzału, a to udział w wojnie sześciodniowej i wiele innych przygód wylosowanych z kalendarium Polski Ludowej, a brakowało chyba tylko grania z Wałęsą w ping-ponga w Arłamowie.
Wiarygodność tej postaci, także przez kabotyńskie nawyki Lindy, jest zerowa, w dodatku cały czas reżyser pozbawia nas chęci do życzliwszego spojrzenia na tego emerytowanego żołnierza, bo wkłada mu w usta pretensjonalne linijki, które tłumaczą nam jego „skomplikowany świat dwuznacznej moralności”. Linda w sweterku i M65 jest już tylko karykaturą nie tylko swoich dawnych postaci, ale też tych legendarnych, do których mamy te ewidentne nawiązania – Stachura, De Niro z Taksówkarza czy choćby wspomnianych wyżej Szakala czy Brudnego Harry’ego, bo Gumpa dodałem rzecz jasna złośliwie.
Zresztą w tym filmie żadna postać nie jest wiarygodna, no może ten wojskowy grany przez Czopa coś tam w sobie odrobinę ma, ale czy to Gruszka jako prostytutka, czy Zamachowski jako lokalny milicjant czy Woronowicz jako powiatowy partyjny kacyk to role bardzo słabe, ocierające się o autopastisz.
W sumie, sam już nie wiem czy cały ten film to nie jest właśnie jakaś gruba, przewrotna autoparodia, bo już choćby wstęp, gdzie Franz, znaczy Bruno, jest w komisji, gdzie przesłuchuje kandydata, który chce zdobyć kartę wędkarską i daje mu pytanie dotyczące sezonu ochronnego na leszcza– może to nawiązanie d sceny w „Psach” oraz filmu samego Lindy „Sezon na leszcza”, to jest puszczenie oka i powiedzenie – słuchajcie, my się tu tylko bawimy, tu nic nie jest na poważnie…
No i byłoby to nawet fajne, ale są dwa problemy – widz nie bawi się w ogóle, a do tego przez większość część filmu wcale nie miałem wrażenia, że mamy tu do czynienia z jajami, wręcz przeciwnie, Pasikowski swoim zwyczajem, musi oczywiście uderzać w moralne ton i pouczać z wyższością, a pokazując powszechne zakłamanie robi to oczywiście w prymitywny sposób.
Bo o ile jeszcze w scenach akcji czy planowania zamachu widać, że to coś, co lubi i jakoś tam rozumie, to już zakreślanie tła społecznego czy relacji międzyludzkich to kompletna pomyłka (ba, on tu wrzuca nawet motyw dybuka, bo czemu nie – w tym barszczu może przecież pływać wszystko, nie tylko grzyby). W dodatku rzecz cała dzieje się niby to w PRL-u, ale to oczywiście nieprawda – dzieje się w wymyślonym nigdzie, w jakimś tandetnym skansenie, bo odwzorowanie realiów Polski Ludowej, a przede wszystkim sposobu zachowania i mówienia ówczesnych ludzi jest na bardzo niskim poziomie i każdy kto choć przez chwilę żył w latach 80, nie da się zwieźć nyskami, mundurem milicjantów i odrapaną lamperią w szpitalu – nie ma tam w ogóle czucia czasów i jego ducha.
A, bo o tym muszę napisać – jazz. Noż kurczę blade, dlaczego Pasikowski wciąż uważa, że jest jakimś polskim wcieleniem francuskiej nowej fali, dlaczego on wciąż wrzuca do swoich filmów te jazzowe smęty, które od razu kojarzą się z Mallem, Godardem czy Melvillem. To jest niewyobrażalnie pretensjonalne i zupełnie nie pasujące do tego co widzimy na ekranie. Nie, te wysublimowane kawałki nie zrobią z „Zamachu na papieża” dzieła wiekopomnego czy kultowego, nic tego nie zrobi, bo to bardzo słaby film .
Film kompletnie niepotrzebny, źle napisany, słabo zagrany i w zasadzie jest to poziom tylko o jedno oczko powyżej zupełnie koszmarnego „Gierka”, ale tylko dlatego, że widać w nim momentami, nawet w zalewie złych scen, jednak rękę zawodowego reżysera. Reżysera, która coś tam kiedyś nawet pokazał, ale tym filmem po raz kolejny udowodnił, że było to dawno i być może nieprawda. Ocena: 3/10