
Milczenie polskich władz wobec agresji Stanów Zjednoczonych i Izraela na Iran nie jest przypadkiem. To świadomy wybór polityczny, który obnaża brutalną prawdę o współczesnej polityce międzynarodowej – nie istnieją uniwersalne zasady, istnieją tylko interesy i sojusze. Gdy Ukraina została zaatakowana przez Rosję, świat zachodni – w tym Polska – nie miał żadnych wątpliwości. Słusznie mówiono o agresji, o złamaniu prawa międzynarodowego, o konieczności obrony wolności. Jednak gdy bomby spadają na Iran, język nagle się zmienia. Agresja przestaje być agresją, a zaczyna być „operacją”, „odpowiedzią”, „działaniem prewencyjnym”. Czy wolność ma dziś narodowość? Czy prawo międzynarodowe obowiązuje tylko słabszych? Polska, jako lojalny sojusznik Stany Zjednoczone, nie odważy się nazwać rzeczy po imieniu. Minister Radosław Sikorski tłumaczy, że „to inna sytuacja niż Ukraina”. Ale dla zwykłych ludzi ginących pod bombami różnica ta nie istnieje. Śmierć cywila w Kijowie i śmierć cywila w Teheranie mają tę samą wagę – różni się tylko to, kto naciska spust. Jeszcze bardziej uderzające jest milczenie wobec działań Izraela. Benjamin Netanjahu nie jest nazywany zbrodniarzem wojennym, mimo że wobec jego polityki formułowane są poważne oskarżenia na arenie międzynarodowej. Dlaczego? Bo stoi po „właściwej stronie” geopolitycznej. Bo jest częścią układu sił, którego Polska nie chce – lub nie potrafi – zakwestionować. To właśnie jest istota problemu: podwójne standardy stały się normą. Prawo międzynarodowe przestało być uniwersalnym kodeksem, a stało się narzędziem politycznym. Jednych się oskarża i izoluje, innych chroni i usprawiedliwia. Polska, kraj o bolesnej historii, który sam doświadczył agresji i niesprawiedliwości, powinien być głosem konsekwencji i zasad. Tymczasem wybiera wygodę sojuszy zamiast odwagi prawdy. Bo prawda jest niewygodna: albo potępiamy agresję zawsze – albo przestajemy mieć moralne prawo potępiać ją kiedykolwiek Omar Faris




















