
Gregory Wright
5.4K posts





Zastanawia mnie jedna rzecz w prezydenckim wniosku do TK o rozstrzygnięcie (moim zdaniem niewystępującego) sporu kompetencyjnego w sprawie zaprzysiężenia sędziów TK. W moim doktoracie o pojęciu kompetencji (2004) analizowałem, co jest przedmiotem kompetencji - jest nim wykonanie czynności konwencjonalnej doniosłej prawnie, a więc jakiegoś zachowania psychofizycznego, które jest kwalifikowane jako doniosłe prawnie. Np. podniesienie ręki przez posła jest kwalifikowane w odpowiednich okolicznościach jako oddanie głosu. Przepis o ślubowaniu sędziów TK daje na pewno kompetencję sędziom - mają wypowiedzieć konkretne słowa w określonych okolicznościach i wtedy te słowa stają się ślubowaniem. Ale ten przepis nie używa żadnego słowa na określenie zachowania prezydenta (ani „powołuje”, anim”zatwierdza”). Prezydent stanowi tu element okoliczności, które warunkują ważne dokonanie ślubowania, a my spieramy się o to, czy ta okoliczność to fizyczna obecność prezydenta, czy też wypowiedzenie tych słów z intencja komunikacyjną dotarcia do niego. Ale ten przepis nie daje prezydentowi żadnej kompetencji - nawet tzw. kompetencji pomocniczej, która występuje wtedy, gdy czynność konwencjonalna jednej osoby potrzebna jest dla ważności czynności innej osoby (np. kontrasygnata). Tę sytuację trzeba rozumieć tak, jakby sędziowie TK mieli ślubować na polskie godło albo polską flagę - albo tak, jak prezydent USA ślubuje, kładąc rękę na Biblię. Wtedy ktoś także mógłby uniemożliwić dokonanie tej czynności nie udostępniają sędziom czy prezydentowi USA godła, flagi czy Biblii. Ale godło, flaga czy Biblia nie mają tu żadnej „kompetencji” - są warunkiem wykonania kompetencji przez inne osoby. Przepis o ślubowaniu nie daje prezydentowi żadnej kompetencji, więc nie ma tu sporu kompetencyjnego. Ten przepis zgodnie z orzecznictwem TK nakłada obowiązek na prezydenta - obowiązek odebrania ślubowania, którego prezydent nie chce spełnić.

































